20 września 2013

złudzenia

Właściwie nie mam nic ciekawego do napisania. Moja więź z tym blogiem i ze mną jako Nierealistyczną gdzieś chyba przepadła. Minęło sporo czasu, a jak ja to mówię: nic nie trwa wiecznie. Wdaje mi się, że żyłam wieloma złudzeniami. 
Dwa dni temu załamałam się na chwilę i cierpiałam jak cholera. To chyba na prawdę nigdy nie minie. Załamałam się i to bardzo, tak bardzo, że po raz kolejny, ale bardzo szczerze miałam ochotę zejść z tego świata. To okropne kiedy komuś nie chce się żyć. Co to do cholery za życie, w którym nie chce się żyć!? Pomyślałam, że ten świat nie jest dla mnie. Z pewnością nie jest.

Widocznie oddaliłam się od Boga. Nie chcę mieć do nikogo żalu, a już na pewno nie do Niego. Ale coś mnie odepchnęło. I nie mam ochoty jakoś specjalnie wracać. Po prostu straciłam nadzieję, że cuda się zdarzają, że wystarczy wierzyć i proście a będzie wam dane i takie tam mało skuteczne rzeczy. I mimo iż jestem bardzo świadoma tego, że cierpienie należy znosić i wierzyć do końca, to nie potrafię. To przypadku wina, że mam biologicznie słabą psychikę, nic więcej.
A że los był nadzwyczaj rozbawiony, to do tego wyczarował mi strach przed bólem, straszliwą moralność i wiarę, że Bóg istnieje. No i muszę żyć. Co za los!

Wyprowadzam się w przyszłym tygodniu i już nie wierzę, że moje życie się zmieni, nabierze sensu, czy poznam prawdziwego przyjaciela. Przez lata nic się nie zmienia, to nie zmieni się i tym razem, ot tyle!