Chciałam zakończyć to raz na zawsze. Usunąć tego bloga. Ale dziś po raz kolejny przeczytałam go od początku do końca. Im starsze posty tym bardziej mnie zaskakiwały. Nie poznawałam samej siebie. Depresja pozostała, ale ja znów się zmieniłam. Ciągle się zmieniam.
To dało mi kopa, aby coś naskrobać. Wiem, że przypomnę sobie o tym blogu z parę miesięcy, potem znowu i znowu, a za jakiś rok go przeczytam - całego. I będę z przerażeniem odkrywać, że...nic się nie zmieniło. Te słowa powtarzają się tu często.
Nic się nie zmieniło. Już 2 lata studiów za mną, a wciąż jest tak samo. Właśnie zamieszkałam z dwojgiem przyjaciół (podobno przyjaciół), ale nie wiem czy można to nazwać przyjaźnią. Czuję się raczej jakbym była ich tradycją. Osobą, którą się zaprasza, zabiera ze sobą, bo tak już jest w zwyczaju. Chyba lepiej dogadują się z wieloma innymi osobami niż ze mną, ale słyszałam, że to ze mną się przyjaźnią. Nie pojmuję czemu.
Co mogę napisać..? Mam 21 lat, samotność doskwiera mi coraz bardziej z każdym rokiem. Nie wiem jak to się dzieję, że ja jeszcze potrafię to znieść. Wychodzi mi to z wielkim bólem, ale to nic nowego. Jak nigdy brak mi kogoś bliskiego. Osoby, której nigdy nie miałam. To o czymś świadczy. Niczego sobie nie wmówiłam. Muszę być naprawdę beznadziejna. To jasne, że nienawidzę siebie. Ale co widzą we mnie inni, że pozostawiają mnie samotną od tylu lat? 21 lat! Kurwa, płakać mi się chcę jak widzę tę liczbę. Wstyd mi. Zastanawiam się, czy ktoś uwierzyłby mi, gdybym powiedziała mu o tym wszystkim. A raczej o niczym, które mnie spotkało. 21 lat - zero związków - trudno o przyjaciół - trudno nawet o znajomych. Okropne podsumowanie.
Nie wiem czy wspomniałam kiedyś o tym...że mam stuprocentową pewność, że ten stan będzie trwał w nieskończoność. Nie mogę wyznać czemu, za bardzo się wstydzę. Po prostu brzydzę się sobą, jak nigdy wcześniej. Choćby odrobina szczęścia zapukała do mych drzwi, nie wpuszczę jej. Taka ze mnie ohyda, że i tak by się wystraszyła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz