Już prawie po wszystkim. W środę ostatnia matura i prawdziwe wakacje rozpoczęte! Niesamowite, patrzę się na olbrzymi stos podręczników i zeszytów szkolnych, które towarzyszą mi nieprzerwanie od jakichś 14 lat i myślę, że już nigdy więcej! Koniec targania torby, zadań domowych, podręczników, ośmiu godzin w szkole.
Oczywiście wszystko to nastanie jeśli dostanę się gdzieś na studia. Moje szanse zmalały po niezadawalających mnie maturach. Rozmyślam więc nagle (jakbym wcześniej nie dopuszczała tego do świadomości) nad innymi wyjściami...i wyjść nie widzę. Nie mam pojęcia co zrobię, czuję, że zawaliłam (życie?) i wkurza mnie to. Mogłam być lepsza, mogłam tego dokonać, mogłam sobie ułatwić do maksimum. Jednak nie, zawaliłam. Na razie nie chcę o tym myśleć. Ale przecież już zaraz muszę brać udział w rekrutacji! Hmm?
Już za chwilę wesela brata (czyt. za paręnaście dni). Dostałam rolę świadka :D i nie mogę znaleź butów do sukienki! Chociaż w tej chwili malo mnie to obchodzi. Pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pojdę booooso. :D
Bardziej interesują mnie buty do biegania, które też nie jest łatwo znaleźć w stacjonarnych sklepach, nawet tych sportowych. Przez internet lepiej nie ryzykować, bo większość z nich sprzedaje podróby. Jednak jeśli nic nie pozostanie, wybiorę i tę drogę, ale przed tym sprawdzę co i jak. Po maturach biorę się za siebie! Nareszcie, sport to moja druga po muzyce pasja, z którą zerwałam kilka lat temu. I bardzo do niej tęsknię! W końcu się wyżyję i zrelaksuję.
Wariuję, wiem. Plotę głupoty, tak. Wszystko to prawda i nie wiem co się ze mną działo, co się ze mną wciąż poczyna. Wyobraźnia wodzi mnie za sobą wysoko ponad ziemską rzeczywistość. Oszaleję. Trudno mi się czasem skupić, patrzę, a nie widzę, bo mnie nie ma. Po prostu odlatuję. Szkoda, że właśnie teraz, bo konieczna jest dla mnie koncentracja.
Czekam z niecierpliwością na 23 maja. Koniec nauki, koniec. Teoretycznie mam wakacje, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Czuję się jak gdybym miała trochę wolnego i wykorzystywała ten czas, by nauczyć się na sprawdzian. Jakby to dalej był rok szkolny. Niestety sprawdzian ten jest niesamowicie ważny. Boje się koszmarnie i czuję, że nic nie umiem. A przecież to tak ważne! Boje się, boje się, boje się!
Czekam. To dziwne, ale nie dlatego, że mam dość nauki. Wręcz wcale mi nie przeszkadza, nie znudziła mi się i wciąż mam na nią siły. Można sobie uświadomić, że problemem młodego obywatela nie jest samo zdobywanie wiedzy tylko ta głupia instytucja, którą jest szkoła. Czekam, czekam na czas, w którym będę mogła nareszcie w pełni ponieść się wyobraźni, zmęczeniu i radości z wakacji!
Mam po cichu nadzieję, że moja wyobraźnia w końcu ożyła. Nie chcę jednak wyciągać pochopnych wniosków i robić sobie nadziei. Od lat czekam na przypływ jakiegoś natchnienia - bez powodzenia. Potrzebuję poczuć się w czymś dobrą. Potrzebuję spełnienia, którego nie dostrzegam od siebie od bardzo dawna. Potrzebuję zajęcia innego niż te powodujące stres (jakim jest nauka oczywiście). Pragnę wolności, która znów zaczęła mnie pociągać.
W tym miesiącem żyje strachem i nieustannym pokonywaniem przypływów nadmiaru myśli.
Literatura źle na mnie wpływa. Przygotowując się do matury poprzez wielogodzinne czytanie i analizy, zaczynam zbytnio zagłębiać się w ich sens. Dostrzegam w bohaterach, postawach, ideach znacznie więcej niż wcześniej. Zmienia się moja koncepcja siebie, gdyż czasem zdaje mi się, że widzę podobieństwa do mnie. Obłąkanie, skomplikowane życie wewnętrzne, ból, samotność i wiele innych bardziej pokręconych i głębszych rzeczy. Czasami rodzi się we mnie chęć odnalezienia w sobie siły twórczej i wielkiej improwizacji. Nieśmiało dopatruję w sobie nowoczesnego odbicia wielkich bohaterów literatury. Boję się przy tym oskarżeń o zadufanie w sobie. Nie tyle innych - raczej Boga i swoich. Problem jest taki, że nie potrafię tworzyć. Nie wiem czy w ogóle jeszcze coś potrafię. Wypaliłam się dawno temu, mimo, że nikim nie zdążyłam się stać.
Możliwe, że się okłamuję. Oszukiwanie samego siebie jest bzdurą. I nie wiem czy mogłabym się tego dopuścić. Myślałam nad tym. Nawet jeśli się przyznałam, że trochę zakrzywiam swoje światopoglądy, nie do końca w to wierzę. Nie potrafię już nawet stwierdzić, czy moje zdanie jest prawdziwe czy zakłamane. Po prostu nie wiem. Czy jestem romantyczką? Przyrzekałam, że nie. Ale może nie chciałam nią być. Powiedzmy, że nie chciałam. Bo myślę o romantycznych scenariuszach. Romantyczność mnie porusza, zwłaszcza taka szaleńcza. Ale nie potrafię wyobrazić jej sobie w moim realnym życiu. Widzę ją w wybujałych marzeniach. Ale, o tak, jest dla mnie głupia i nie wzbudza chęci poznania. Nie wiem już czy jestem romantyczką. Raczej realistką. Może to budzi moje uprzedzenie przed wymarzoną romantycznością w realnym życiu. Może lubię ją jako towarzyszkę wyobraźni.
Jeżeli okłamuję siebie, to muszę mieć jakieś powody. Jeśli powody - to bycie bardziej interesującą, fajniejszą jak by to można ująć. Nie ujawniam aż tak skrytych poglądów (zakłamanych), więc nie wydaję się fajniejszą. A skoro nie, to dlaczego siebie okłamuję? Mam być fajniejsza jedynie dla siebie? Dla mojej wyobraźni, która może w ten sposób kreować mój fajniejszy obraz? Tak, to oznacza, że żyje w świecie fantazji. Że tam siebie kreuję. Tylko dlaczego nie mogę przelać tego do rzeczywistości!?
Mniejsza o to.
Przyznaję - chciałam zmian. Planowałam przemianę siebie, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. To wciąż jest moim przewodnim celem, ale...No właśnie - ale?
Rozmyślam nad sobą. O tym jaka jestem dziwna, jak wpasowuję się w typowy (aż nadto) szkielet artysty romantycznego - i nie wiem co ze sobą zrobić. Czy spróbować się zmienić? Czy może...Po raz pierwszy po mojej głowie przebrnęły myśli, o tym aby wprost przeciwnie brnąć w swojej chaotycznej i niepojętej psychice. Może czas w końcu zerwać z próbowaniem (i tak słabo wychodzącym) zawiązywania jakiejkolwiek więzi społecznej? Jakiejkolwek więzi s p o ł e c z n e j! Może rozstać się ze społeczeństwem i pogrążyć się już beznamiętnie w wyobraźni, samotności, romantyczności, świecie niesamowicie pieknej jak z powieści natury? Chodzić po świecie, rozkoszować się wiatrem, słońcem, muzyką, światem filmu i mistyki? Spacerować po mieście, milczeć, obserwować ludzi, słuchać rozmów? Grać rolę fantastycznej kobiety, artystki, zachwyconej ulotnością i tym co nienamacalne! Jak z najpiękniejszych piosenek, obrazujących przecież tak niesamowity, wyimaginowany świat!