17 lipca 2013

nic i nie wiem. God has gone.

Chyba dopadł mnie kryzys wiary. Może nie do końca, bo wierzę...ale nie czuję. Nie mogę poczuć Boga. To nie stało się teraz, kiedy nic się nie układa. Zauważyłam to już jakiś czas temu. Kilka miesięcy? Rok? Nie pamiętam dokładnie. Ale wyraźnie poczułam, że mój kontakt z Bogiem się urwał. Czasami tylko jakby na chwilę zwrócił na mnie uwagę, na chwileczkę. I znów cisza. Żadnego przekazu, głucho.

Czuję się taka bezsilna. Nie dość, że samotna w życiu, to jeszcze w duchu. Nie wiem co zrobiłam źle. Próbowałam to odgadnąć, ale nie wiem. Oczywiście nie mam na myśli, że wszystko robiłam dobrze. Ale co mogło spowodować to milczenie? Na prawdę nie wiem. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie wiem!

W ogóle nie powinnam tego pisać. Chyba ostatnio sporo nabluźniłam. Wiem, że to była zła droga, ale kiedy ja na prawdę czuję się tak źle! Stoję przed pytaniem: co teraz, co zrobić ze swoim życiem? I pozostałam z tym wyborem sama. I nie mam odpowiedzi, nie umiem wybrać, nie potrafię! Bluźnię - też nic! Nic, nic, nic.

Nie wiem! Nic! Nie wiem! Nic!

13 lipca 2013

!!!

Ten blog istnieje już kawał czasu po to, aby udowodnić, że cuda się zdarzają i marzenia się spełniają. Wytrwałam tyle, by moc to napisać. Jednak dziś mocno w to wątpię. Chciałabym napisać, że tak wcale nie jest... Nie mogę jednak tego zrobić, być może tylko mi się nie udało.

Nic nie wyszło. Ludzie z uniwersytetu nie chcą ludzi takich jak ja - bez szkoły muzycznej, bez doświadczenia. Nie chcą mnie. Czuje się jak zmieszana z błotem, jak zrównana z ziemią i z wszystkimi głupcami. Czuje się jak największa idiotka świata!

Całe życie się starałam i czekałam na właśnie ten dzień. 19 lat pracy. Od lat przedszkolnych przez resztę szkół i wreszcie liceum - zawsze najlepsza, wśród najlepszych. Harowałam jak wół. Tyle lat nauki, tyle lat! Ja tak bardzo się starałam. 
Słowo studia brzmiało w moich uszach nieprzerwanie od dzieciństwa. Żałuję, tak bardzo żałuję. Tyle straconych godzin, tak wiele czasu. Bo przecież nauka była najważniejsza.

A kiedy nadszedł najważniejszy moment...

Jestem słaba. Wątły ze mnie człowiek - jak nie człowiek. Nie wiem jak zniosę to, że nie spełniłam się na żadnym szczeblu życiowym. Uciekałam przed tym całe życie. To wszystko było po to. Może dlatego to przytrafia się własnie mnie. Co to za życie!

9 lipca 2013

ukojenie

Nie do wiary. Na tym świecie nie ma osoby, która potrafi wysłuchać, zrozumieć. Może nie ma jej dla mnie. Może mnie nie da się słuchać. Wszyscy kłamią, wierzą w Boga i łżą.

Chciałabym nie żyć, albo gdzieś się zatracić, zniknąć, przepaść, nie widzieć niczego ani nikogo. Tak po prostu nie być. Pragnę tylko znaleźć ukojenie.

Potrzebuję kogoś, albo potrzebuję nie mieć kompletnie nikogo. Lecz chyba to pierwsze jest przyjemniejsze. Więc modle się o to.