22 listopada 2012

Koleżanka zadzwoniła na telefon i dowiedziałam się, że klasa wymyśliła mi parę 'ciekawych' propozycji, jeśli można tak to określić. Jeśli myślą, że wkręcą mnie na studniówkę, poprzez danie mi roli, to się mylą. Tak, nie idę na studniówkę. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo jak zaczną mnie naciskać, to...Boje się, że się zdecyduję aby nie wyjść na osobę, za którą mogą mnie uważać.

Ta impreza po prostu mnie nie jara. Żadna impreza mnie nie jara. Nie jestem typem osoby, która na nie chodzi. I mam swoje powody. Po pierwsze, w klubach puszczają muzykę, której nie lubię (dance, pop, elektryczna, klubowa - wszystko, co jest stworzone na imprezy i wszystko czego nie znoszę!), przy której nie mogę się bawić i czuję się źle. Jeden jedyny raz w życiu poszłam do klubu. I to było coś okropnego! Obiecałam sobie, że nigdy więcej! Po drugie, nienawidzę tańczyć. Nie widzę kompletnie nic ciekawego, w głupim, bezmyślnym tańczeniu niemal w miejscu, gibaniu się, trzymaniu rąk w górze, stąpaniu, poruszaniu jedynie rękoma, czy nawet jak ktoś lubi - tyłkiem, przez kilka godzin! Przecież to jest coś najgłupszego na świecie! Jak można dwie godziny tańczyć w ten sposób!? A ludzie to lubią i to jak! Tańce klasyczne - to rozumiem! Ale takie coś...
Powracam do mojego zdania o studniówce. Rewia mody, tańce, jedzenie, picie. Nie mam ochoty patrzeć jak inni tańczą (z pewnością bym tego nie robiła), jedzą, czy piją i starają się wyglądać jak najlepiej. Istny koszmar. Nie lubię takich imprez. Chyba każdy przyzna, że lepiej nie iść na studniówkę, niż wspominać do końca życia, że się źle bawiło (a bawiłabym się źle, z wiadomych powodów). Poza tym, nie przepadam za ludźmi z mojej klasy, nie mam z kim iść, nie mam w ogóle nikogo w tej cholernej szkole, z kim mogłabym się przyjaźnić. Jestem skazana na niepójście na to coś.
Wyobrażam sobie, jak dziewczyny, które mówią: Ha ha ha. Pewnie przyjdą w sprężynkach na głowie i kwiatami na włosach; same tak wyglądają, a osoby, które nie pojawiły się w sprężynkach śmieją się z nich po cichu, a te się jeszcze tłumaczą, że im tak mama doradziła, albo fryzjerka. A te najbardziej otwarte i śmiałe, przychodzą w sukniach do ziemi, niczym "księżniczki" tylko na wejście smoka, a później zmieniają je na wygodniejsze. Wszystko to widzę. Bo nikt mi nie wmówi, że tak nie będzie, bo tak jest zawsze. I nie dziwi mnie to wcale, czy denerwuje - tylko nudzi. Bo rozumiem, że każdy chce wyglądać jak najlepiej, nie ma w tym nic dziwnego. Też bym chciała. Chciałabym wybierać sukienkę, myśleć o spięciu włosów, o kupnie butów. Czasami mam chęć się w to wszystko wmieszać. Ale nie warto dla przyjemności przygotowań (które czasem okazują się horrorem) iść na coś, co nie jest dla mnie.

16 listopada 2012

Ja.

Teraz coś o mnie. A najpierw o mojej przeszłości. Bloga nierealistyczna.blog.onet.pl stworzyłam 27 stycznia 2010 roku. Wspominałam wiele razy, że było to wynikiem jak dotąd największego kryzysu w moim życiu. Depresja, anagnoris, rozbudzenie nierealnych marzeń, pathos. O ile się nie mylę utworzyłam go podczas drugiej fali tego cierpienia.
Pierwsza była - jak teraz to widzę - wynikiem głupoty, pomyłki umysłu, zbłądzenia, szukania siebie po raz pierwszy. Teraz nie mogę uwierzyć, dlaczego myślałam jak wtedy, dlaczego tak pragnęłam, dlaczego tak to przeżyłam. To było coś, na czym mi nie zależy, co do mnie nie należy i nie wiem, jak mogłam kiedyś zainteresować się czymś takim. Po prostu: głupota i nonsens. Nie żałuję jednak tego. Okazało się to świetnym przygotowaniem do drugiej, tej "prawdziwej" fali.
Tu nastąpiło wspomniane wcześniej głębokie rozpoznanie. Zdałam sobie sprawę, na czym tak na prawdę mi zależało, zależy i będzie zależeć na zawsze. A co było najgorsze, zapomniałam o tym kiedyś i straciłam swoje szanse. I stało się to nierealne. Moje wszystkie marzenia! To, czego pragnę najbardziej na świecie.(Słyszę teraz Hollywood Hills <3 w radiu - i czuję się świetnie, bo Sunrise Avenue sprawia, że marzę właśnie tak odległe sny i daje mi w nie wiarę.) Nie płakałam już tak. Nie musiałam znosić już tak ciężkiego bólu, chociaż to było najważniejsze. Miałam już siłę, a co więcej zyskałam też wiarę w Boga i ogromną Nadzieję. Tak miało być. Od tamtego czasu do dziś, zmagam się z przerażonymi myślami. Wydaję mi się, że to trwa już tak długo, jakby całe moje życie. Dni załamania dotykają mnie co jakiś czas. Lecz głęboko wierzę w cuda. Moja Nadzieja nie pozwala mi przestać marzyć i wierzyć w cud.


Nie wiem co mogę o sobie powiedzieć. Nikt nie wie jaka jestem. Nie wiedzą tego obcy, ani najbliżsi. Ja sama mogę niewiele o sobie wiedzieć. Nieustannie potrzebuję zmian - zmian siebie, otoczenia i otaczających mnie ludzi. Nie przywiązuję się do niczego, ani do nikogo. Co więcej, nie lubię ludzi. Może to dlatego, że nie spotkałam jeszcze nikogo ważnego dla mnie. Jestem osobą zamkniętą - źle mi z tym i cierpię na samotność. Jednocześnie nie umiem wytworzyć jakiejkolwiek więzi, boję się, nie mam ochoty, nie chcę, dobrze mi jest jak jestem sama, w ciszy. Nie ufam nikomu. Sławię Wolność.
Jestem marzycielką, jednocześnie obiektywistką i można powiedzieć, że wyznaję biologizm. Nie znoszę osób (a raczej ich zdania) nieobiektywnych. Patrzę na realny świat rozumem, empatią i przemyśleniami. Słucham, analizuję, stwierdzam fakty. Na własny zaś świat, moją przyszłość, patrzę pod pryzmatem marzeń. Zawsze mam rację. Bo stwierdzam coś wtedy, gdy ją mam. Jeśli nie mam pojęcia jaka jest prawda - nie mówię. Jeśli nie jestem pewna - zaznaczam to. Jeśli wyrażam własne, subiektywne zdanie - podkreślam to. Jeśli się mylę - przyznaję się do błędu - nie mam z tym problemu. Logiczne jest więc to, że ciężko jest mi coś udowodnić, jeśli się z tym nie zgadzam. Ale nie jestem uparta, można mi zdradzić własne zdanie. Wszystko potrafię zrozumieć. Szanuję każde zdanie i nie przekonuję na siłę do swojego.
Można mi zaufać. Tajemnica to dla mnie rzecz święta. Każdy pewnie tak pomyśli o sobie, ale prawda bywa różna. Szanuję prywatność i nie trzeba mi mówić, kiedy mam milczeć, kiedy zachować coś dla siebie. Sama nie ufam ludziom (ludziom nie można ufać, ale to temat na cały post), więc sama chcę być osobą godną zaufania, zawsze. Bywam niemiła, ale nie bezpośrednio. Nie umiem być dla kogoś złą twarzą w twarz. Jestem najbardziej niekonfliktową osobą jaką znam! Nie cierpię uczucia, kiedy ktoś jest na mnie zły, czy mnie po prostu nie lubi. Żyję z ludźmi w stosunkach koleżeńskich, spokojnych, obojętnych. Uważam na to, co mówię. Patrzę, chłonę, dostosowuję się.
Nie jestem zwykła. Może i nawet nienormalna. Myślę sobie nawet, że uchodzę za dziwaczkę. Może nie dla wszystkich i nie zawsze, ale mam świadomość tego, że tak może być. I nie obraziłabym się nawet, gdyby ktoś mi to wyznał. Nie jestem zwykła. Większość ludzi nie przeżywia świata w taki sposób jak ja. Nie wiem nawet jak go opisać. Wiem tylko, że to niemożliwe. Nie jestem zwykła. Czuję to, widzę to, wiem to. Ale to nie jest pozytywna rzecz. Raczej zadająca ból. Chciałabym być przeciętna, mieć mniejsze ambicje, nie mieć tak odległych marzeń i wielkich pasji. Można by powiedzieć, że chciałabym mieć inny mózg. A może umysł, może duszę. Trzymam w sobie silną wiarę, która każe mi wierzyć, że wszystko ma cel.
Mam wiele wierzeń. Mam wiele pasji...lub miałam. Zawsze interesowała mnie strona niematerialna: sprawy umysłu, podświadomości, empatii, medytacji, czucia, wyobraźni i ogólnie rzeczy biorąc psychometrii. Można by pomyśleć, że nie ma w tym za grosz biologizmu. Pewnie nie wyznaję go w czystej, pierwotnej postaci. Ale to co dotyczy człowieka - również ta duchowo-umysłowa strona - jest nim dla mnie. Moc umysłu jest ogromna. Trzeba pamiętać, że bierze w niej udział biologiczny mózg, a także Bóg. I to On jest jedyną właśnie rzeczą, która odbiega od wszystkiego.
Długo by jeszcze pisać. Nie ma sensu opisywać wszystkich cech, którym pewnie po zastanowieniu znalazłabym więcej. Wymienić też ich nie potrafię, bo nie ma cech czarnych czy białych. A wyjaśniać - jak wspominałam - wszystkiego nie będę.

Moja filozofia:
  1. W moim życiu nie ma przypadków.
  2. Wszystko jest możliwe.
  3. Cuda się zdarzają, marzenia się spełniają.
  4. Są rzeczy, których człowiek nie może sobie wyobrazić.
  5. Nic nie trwa wiecznie.
  6. Przeznaczenia nie ma (jedynie powołanie).
  7. Lepsza najgorsza prawda, od kłamstwa.
    (i wiele innych, które jak sobie przypomnę to uzupełnię)
Reczy, które ubóstwiam (ubóstwianie jest najwyższą rangą):
  • rock
  • kopytka
  • glany
  • głos Lauriego
  • Lipton Green Tea 
Te listy są dla mnie. To mój pamiętnik. Potrzebuję spisywać moje refleksje, bo się w nich gubię i jest ich tak dużo, że nie jestem w stanie pamiętać o wszystkim.

Cała jestem osobą sprzeczną. Jestem niedefiniowalna.




12 listopada 2012

Mój ból.

Wczorajszy dzień mnie przytłoczył. Nie. To za mało. Wczoraj miałam dzień wypełniony cierpieniem i płaczem. Wszystko zaczęło się od głupiego meczu hokeja - Polska - Ukraina. Mecz, o którym nie warto pisać. Nie jest mi dane dożyć momentu, w którym Polska stworzy dobrą drużynę. Uwielbiam hokej, ale kiedy oglądam przegraną naszego zespołu - wtedy go nienawidzę. Żałuję, że ten sport nie jest popularny w Polsce. Muszę z tym żyć. Całe szczęście są na tym świecie tak cudowne drużyny jak m.in. fińska. Ale nie o tym miałam...

Płakałam przez całą ostatnią tercję, i zapragnęłam być tam. Nie tam, w tej hali, ale tam - na ich miejscu. Zrobiłam wyrzuty - żartując - rodzicom, że nie nauczyli mnie hokeja, że nie kazali mi grać w tenisa, jeździć gokartami, nie wysłali mnie do drużyny siatkarskiej. W mojej głowie zarzuty przekształciły się w szczery żal, w prawdę. Łzy w oczach były już czymś więcej niż zawodem spowodowanym meczem. Znów przypomniałam sobie, że jestem nikim i na zawsze będę nikim! Mam żal do rodziców, że nie kształtowali mnie w przeszłości, tak jak bym tego chciała. Kiedy jeszcze żartowałam, wypierali się, że niby gdzie miałam się uczyć? Niby racja. Ale jest coś. Dlaczego nie wysłali mnie do szkoły muzycznej, skoro owa jest w pobliżu, a ja miałam...miałam talent!? No dlaczego do cholery!? Tego im nie powiedziałam. Rozpłakałam się.

Jakiś czas później, wciąż pełna emocji, uświadomiłam sobie, że oni nie dość, że nic nie zrobili kiedyś, to udają, że mnie nie rozumieją teraz! Że nic się nie stało, że ja na prawdę żartuję. Jakby uciekali przed moimi wyrzutami, grali głupców. Dziś już sama nie wiem co jeszcze, ale wczoraj to było jasne i bolało o k r o p n i e. Nie wytrzymałam.

Zrozumiałam, że naprawdę pozostanę niczym. Że nic nie jestem warta na tym świecie, że moje życie to jedno wielkie cierpienie. Zobaczyłam, że nie mam nic. Nic w sobie, co mogłoby mnie podtrzymać na duchu, z czego mogłabym się cieszyć: konkretnego talentu, urody, charakteru, otwartości, perfekcyjnej figury, nikogo... I ujrzałam, że koleżanki, których twarze uważam za niezbyt urodziwe (może nawet całkiem nieurodziwe) są otwarte, mają mnóstwo przyjaciół i kogoś więcej, a nawet figurę, o której można pomarzyć. Następna: cała wygląda niechlujnie i jest brzydka - ona kogoś ma i gra na flecie. Tamta, następna z takich - ma talent, gra na wiolonczeli. A tamta? Jest ładna, ale nie ma figury - ale jest otwarta, bez jakichkolwiek uprzedzeń - ta ma przyjaciół! No a tamta? Ta jest całkiem zwykła - nie ma żadnego talentu, ale jest sympatyczna i lubiana - zwykła. No a ta? Z twarzy - nic szczególnego - porywcza i złośliwa, zdradliwa, a jednak znajduje jakichś zwolenników. O! A co z tą? Ta ma wszystko. Wszystko! A ja nie mam nic.

Chciałabym być miech choć jedną z tych rzeczy! Albo chociaż chciałabym być zwykła! Każdy, ten co ma gorzej ode mnie - ma lepiej. Biedni mają lepiej! Brzydcy mają lepiej! Brudni mają lepiej! Za co ja jestem ukarana, że nie mam nic! Że jestem tak nieszczęśliwa? Nie mam nic konkretnego. Kiedyś miałam talenty, ale zniknęły. To jedna z najokrutniejszych kar! Mam wszystkiego po trochu, czyli nie mam nic!

Miałam pretensje nawet do Boga. Bo nie wiem, co On ma na celu. Czy w ogóle coś ma. Czuję, że ta przegrana w głupim meczu, miała mi przypomnieć o moim beznadziejnym życiu. Ale po co? Teraz coś sobie przypomniałam. Jak wczoraj w kościele mówiłam w myślach, że przetrwam wszystko, jeśli to będzie Jego wola. Sprawdzian? Ale skąd ja mam wiedzieć, czy to co się dzieje jest Jego wolą!? Mówiłam wyraźnie: jeśli będę wiedzieć, że Ty tego chcesz. Ale nie wiem! Ale nie wiem do cholery! Może to w ogóle do niczego nie prowadzi. Może jestem stworzona żeby cierpieć - po prostu, ot tak. Ktoś musi. Nie wiem, nie wiem. Dlaczego mi to robi? Po co? Czemu nie może mi powiedzieć. Chociaż napomnieć, z to widzi, i wie co robi.

Pytam się Mu, czemu nie mogłam być zwyczajna? Wiem, że nie jestem zwyczajna. Jestem najbardziej niezwyczajną osobą jaką znam. I to wcale nie jest nic dobrego, miłego. To mój ból. To niemożliwe, żeby chociaż garstka ludzi, których napotykam czuła to, co ja czuję tak często. To nie jest normalne. Nie jestem normalna.

Nie jestem dobra. Nie byłam i nigdy nie będę. Nie licz Boże, że będę cudowna. Jestem tylko człowiekiem, tym beznadziejnym gatunkiem, którego tak nie lubię. Cierpienie nie zrobi mnie kimś lepszym. Być może dawno temu przez nie właśnie uwierzyłam w Ciebie. Ale teraz to może nie zadziałać. Tylko tak mówię, może nawet o tym nie pomyślałeś.

Wczoraj przepełniona emocjami, dziś już pamiętam tylko garstkę. To co tu opisałam, to tylko mniej głębokie przypomnienie sobie wczorajszych kłębów myśli. Lepiej już nie przeciągać tego. Dość napisałam.
Przeraża mnie to, że całe życie będę zastanawiała się, po co żyję. Że całe życie mogę przez to cierpieć. Dla takich osób jak ja, najgorszym co może spotkać ich w życiu, to brak spełnienia i bycie nikim. To wydaje się (nawet mi) kapryśne, wymagające czy nawet egoistyczne. Dlatego pisałam, że chciałabym być zwykła - mieć niewielkie aspiracje. Boję się, że moje - nie dość, że wygórowane, niemożliwe, sprawiające ból - są jeszcze złe. Tak, boję się, że moje marzenia są złe! Nie chcę ich, ale nie mogę nic zrobić. Są wryte od początku i na zawsze w moją egzystencję.  Boże! Czy naprawdę jestem tylko dla cierpienia!?

10 listopada 2012

Mój Step Nadziei.

Długo zastanawiałam się jak nazwać tego bloga. Szukałam jednego słowa, połączenia wszystkiego co wiąże się z człowiekiem i jego życiem. Jednak nie ma takiej możliwości. Nie da się związać w całość ducha i umysłu, emocji, pustki, chaosu, zamętu, bezmiaru, bezładu, nadziei, wiary, cierpienia, samotności, irracjonalizmu, realizmu, marzeń, strachu, rozumu, tęsknoty, fikcji i prawdy. Jedynym słowem, które potrafi to wyrazić jest: życie. Bo życie to nie tylko funkcje, które musi wykonywać nasz organizm, ale także wnętrze i światopogląd, marzenia i podejmowanie wyborów.
Nie mając możliwości zajęcia nazwy, którą posiadałam na innym blogu oraz w przez niemożność wybrania takiej, która opisuje to wszystko właśnie - postanowiłam stworzyć swoją krainę. 
Step, który jest symbolem bezmiaru, ogromu - tego wszystkiego. To także symbol spokoju i ciszy. To z kolei pociąga za sobą obraz duszy, medytacji, wiary i umysłu. To symbol samotności, pustki i tęsknoty - a więc i cierpienia, strachu, marzeń, irracjonalizmu, fikcji. To zatem miejsce kontemplacji - rozumu i realizmu, zamętu, i chaosu oraz emocji i bezładu. 
Jest i Nadzieja, którą wyznaje i uznaję za matkę. Która daje mi sił, umacnia w wierze, pozwala trwać, czekać i czuwać, oddychać i zwyczajnie funkcjonować. I jest moim drugim imieniem, to moje drugie Ja. To moja pocieszycielka i patronka. Nadzieja, która pozwala mi marzyć o rzeczach nierealnych...
Jestem Nierealistyczną.A oto mój Step Nadziei.