12 listopada 2012

Mój ból.

Wczorajszy dzień mnie przytłoczył. Nie. To za mało. Wczoraj miałam dzień wypełniony cierpieniem i płaczem. Wszystko zaczęło się od głupiego meczu hokeja - Polska - Ukraina. Mecz, o którym nie warto pisać. Nie jest mi dane dożyć momentu, w którym Polska stworzy dobrą drużynę. Uwielbiam hokej, ale kiedy oglądam przegraną naszego zespołu - wtedy go nienawidzę. Żałuję, że ten sport nie jest popularny w Polsce. Muszę z tym żyć. Całe szczęście są na tym świecie tak cudowne drużyny jak m.in. fińska. Ale nie o tym miałam...

Płakałam przez całą ostatnią tercję, i zapragnęłam być tam. Nie tam, w tej hali, ale tam - na ich miejscu. Zrobiłam wyrzuty - żartując - rodzicom, że nie nauczyli mnie hokeja, że nie kazali mi grać w tenisa, jeździć gokartami, nie wysłali mnie do drużyny siatkarskiej. W mojej głowie zarzuty przekształciły się w szczery żal, w prawdę. Łzy w oczach były już czymś więcej niż zawodem spowodowanym meczem. Znów przypomniałam sobie, że jestem nikim i na zawsze będę nikim! Mam żal do rodziców, że nie kształtowali mnie w przeszłości, tak jak bym tego chciała. Kiedy jeszcze żartowałam, wypierali się, że niby gdzie miałam się uczyć? Niby racja. Ale jest coś. Dlaczego nie wysłali mnie do szkoły muzycznej, skoro owa jest w pobliżu, a ja miałam...miałam talent!? No dlaczego do cholery!? Tego im nie powiedziałam. Rozpłakałam się.

Jakiś czas później, wciąż pełna emocji, uświadomiłam sobie, że oni nie dość, że nic nie zrobili kiedyś, to udają, że mnie nie rozumieją teraz! Że nic się nie stało, że ja na prawdę żartuję. Jakby uciekali przed moimi wyrzutami, grali głupców. Dziś już sama nie wiem co jeszcze, ale wczoraj to było jasne i bolało o k r o p n i e. Nie wytrzymałam.

Zrozumiałam, że naprawdę pozostanę niczym. Że nic nie jestem warta na tym świecie, że moje życie to jedno wielkie cierpienie. Zobaczyłam, że nie mam nic. Nic w sobie, co mogłoby mnie podtrzymać na duchu, z czego mogłabym się cieszyć: konkretnego talentu, urody, charakteru, otwartości, perfekcyjnej figury, nikogo... I ujrzałam, że koleżanki, których twarze uważam za niezbyt urodziwe (może nawet całkiem nieurodziwe) są otwarte, mają mnóstwo przyjaciół i kogoś więcej, a nawet figurę, o której można pomarzyć. Następna: cała wygląda niechlujnie i jest brzydka - ona kogoś ma i gra na flecie. Tamta, następna z takich - ma talent, gra na wiolonczeli. A tamta? Jest ładna, ale nie ma figury - ale jest otwarta, bez jakichkolwiek uprzedzeń - ta ma przyjaciół! No a tamta? Ta jest całkiem zwykła - nie ma żadnego talentu, ale jest sympatyczna i lubiana - zwykła. No a ta? Z twarzy - nic szczególnego - porywcza i złośliwa, zdradliwa, a jednak znajduje jakichś zwolenników. O! A co z tą? Ta ma wszystko. Wszystko! A ja nie mam nic.

Chciałabym być miech choć jedną z tych rzeczy! Albo chociaż chciałabym być zwykła! Każdy, ten co ma gorzej ode mnie - ma lepiej. Biedni mają lepiej! Brzydcy mają lepiej! Brudni mają lepiej! Za co ja jestem ukarana, że nie mam nic! Że jestem tak nieszczęśliwa? Nie mam nic konkretnego. Kiedyś miałam talenty, ale zniknęły. To jedna z najokrutniejszych kar! Mam wszystkiego po trochu, czyli nie mam nic!

Miałam pretensje nawet do Boga. Bo nie wiem, co On ma na celu. Czy w ogóle coś ma. Czuję, że ta przegrana w głupim meczu, miała mi przypomnieć o moim beznadziejnym życiu. Ale po co? Teraz coś sobie przypomniałam. Jak wczoraj w kościele mówiłam w myślach, że przetrwam wszystko, jeśli to będzie Jego wola. Sprawdzian? Ale skąd ja mam wiedzieć, czy to co się dzieje jest Jego wolą!? Mówiłam wyraźnie: jeśli będę wiedzieć, że Ty tego chcesz. Ale nie wiem! Ale nie wiem do cholery! Może to w ogóle do niczego nie prowadzi. Może jestem stworzona żeby cierpieć - po prostu, ot tak. Ktoś musi. Nie wiem, nie wiem. Dlaczego mi to robi? Po co? Czemu nie może mi powiedzieć. Chociaż napomnieć, z to widzi, i wie co robi.

Pytam się Mu, czemu nie mogłam być zwyczajna? Wiem, że nie jestem zwyczajna. Jestem najbardziej niezwyczajną osobą jaką znam. I to wcale nie jest nic dobrego, miłego. To mój ból. To niemożliwe, żeby chociaż garstka ludzi, których napotykam czuła to, co ja czuję tak często. To nie jest normalne. Nie jestem normalna.

Nie jestem dobra. Nie byłam i nigdy nie będę. Nie licz Boże, że będę cudowna. Jestem tylko człowiekiem, tym beznadziejnym gatunkiem, którego tak nie lubię. Cierpienie nie zrobi mnie kimś lepszym. Być może dawno temu przez nie właśnie uwierzyłam w Ciebie. Ale teraz to może nie zadziałać. Tylko tak mówię, może nawet o tym nie pomyślałeś.

Wczoraj przepełniona emocjami, dziś już pamiętam tylko garstkę. To co tu opisałam, to tylko mniej głębokie przypomnienie sobie wczorajszych kłębów myśli. Lepiej już nie przeciągać tego. Dość napisałam.
Przeraża mnie to, że całe życie będę zastanawiała się, po co żyję. Że całe życie mogę przez to cierpieć. Dla takich osób jak ja, najgorszym co może spotkać ich w życiu, to brak spełnienia i bycie nikim. To wydaje się (nawet mi) kapryśne, wymagające czy nawet egoistyczne. Dlatego pisałam, że chciałabym być zwykła - mieć niewielkie aspiracje. Boję się, że moje - nie dość, że wygórowane, niemożliwe, sprawiające ból - są jeszcze złe. Tak, boję się, że moje marzenia są złe! Nie chcę ich, ale nie mogę nic zrobić. Są wryte od początku i na zawsze w moją egzystencję.  Boże! Czy naprawdę jestem tylko dla cierpienia!?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz