26 stycznia 2013

Gitarowy start.

Pierwsza lekcja gry na gitarze, nie licząc moich marnych starań. Uczyłam się dziś brzdąkać na gitarze klasycznej i po powrocie okazało się, że mój akustyk jest dla mnie zbyt udręczający (przez struny oczywiście). To dlatego moje próby wychodziły mi kiepsko. I kończyłam je po zaledwie paru minutach. To nie na moje palce. Z tej więc okazji zakupiłam przed chwilą kolejną gitarę - tym razem klasyczną. Na początek muszę pogodzić się z nieco mniej odpowiadającym mi brzmieniem. Moje biedne palce nie dadzą rady inaczej!
 
Podobno jak na pierwszy raz idzie mi bardzo dobrze, ale jestem nastawiona sceptycznie. Widząc jak gra ktoś, kto grać umie, zastanawiam się, jak to możliwe nauczyć się tej sztuki! To musi wymagać na prawdę wielkiego poświęcenia! Boje się, że nie podołam, że odpuszczę, albo że nie znajdę czasu. Przecież teraz, przed maturą mam sporo (żeby tylko!) na głowie. Tak marzę, żeby świetnie grać! Lecz obawiam się wysiłku, jaki powinnam w to włożyć, aby tak było.
 
Palce bolą. To najmniejszy problem. Zresztą jestem zadowolona z czasu, przez jaki udało mi się grać. Na akustyku skończyłabym z podobnym bólem (a nawet większym) po pięciu minutach. A już chciałam rzucać się na elektryczną. Może dobrze wyszło, jak wyszło. Muszę zaczynać wolniej niż inni. Cóż, dotąd jedynym wysiłkiem dla moich palców było przewracanie kartek książek. Po obraniu dwóch ziemniaków wyskakiwały mi pęcherze -.- Tak, sierota ze mnie.
 

18 stycznia 2013

Zwyczaje i przekonania.

Nie jestem osobą rodzinną, nie lubię ludzi, jestem typem samotnika. To chyba wyjaśnia, że nie przywiązuję się do osób, miejsc, rzeczy. Nie jestem sentymentalna. Tradycje mnie nie przekonują. Nie lubię zwyczajów Bożego Narodzenia, Kolędy, Wielkanocy, ani jakichkolwiek innych, związanych ze wspólnym posiłkiem przy stole, okazywaniem sobie pseudo-miłości, wypowiadaniem życzeń, które i tak się nie spełniają czy po prostu bezsensownych, jak czerwone podwiązki na studniówce - na którą się nie wybieram z wiadomych względów, którymi blog ten jest przepełniony.
 
Dzięki niepohamowanym językom moich rodziców, prawdopodobnie już wszyscy będą wiedzieć, że nie wybieram się na bal maturzystów. Wystarczyło mi, że większość osób z mojej klasy utwierdzi się w zdaniu, że jestem dziwaczką i outsiderem. W rzeczy samej, dałam im tym mocny dowód.
Powodów jest wiele. Imprezowanie, balowanie czy tańczenie nie leżą w mojej naturze, bo najzwyczajniej mnie nie bawią. Nie trudno być samotnikiem, kiedy interesują cię inne rozrywki niż sto procent otaczających cię ludzi. Studniówka mnie nie jara. Przynajmniej pod wieloma względami, bo są też inne strony...
 
Tak, jest część mnie, która chciałaby iść na tę imprezę. Jednak nie w tym życiu. Jestem - mimo, że dziwaczką - jestem dziewczyną. Dziewczyną, która jak każda inna dziewczyna, ma ochotę na taką okazję, która pozwoli jej zaprezentować siebie z jak najlepszej strony. Bo studniówka to właśnie największa na to okazja! Dlatego tak przyciąga wszystkich. Miło tak porwać się w towarzyszący jej wir przygotowań. Szukać odpowiedniej sukienki, butów, torebki. Pójść do fryzjera, makijażystki, manikiurzysty. Poszłabym w innym życiu.
To noc, podczas której powinno się świetnie bawić, wśród miłych ludzi, wśród bliskich ci osób, z partnerem, który jest dla ciebie ważny. W moim przypadku żaden punkt nie w chodzi w grę. Sprawa jest jasna. Nie będę żałować, że nie byłam na studniówce (jak twierdzą). Będę żałować, że życie ułożyło się tak, że nie mogłam tam być.

14 stycznia 2013

Ironia.

Mój kolejny post miał być o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z losem oczywiście. Z życiem i tym prostym byciem - moim bezsensem. Jednak się nie zdecydowałam, ale muszę napisać o tym teraz.
 
Kilka dni temu, coś się stało. Nie wiem co dokładnie, ale uspokoiłam się wewnętrznie, ochłonęłam, wyluzowałam. Być może zobaczyłam, że wszystko stoi na przeszkodzie, że cała masa rzeczy idzie nie tak, pod wiatr, piasek sypie się w oczy. I...przestałam walczyć i rwać się jak opętana. Zapragnęłam normalnego, statecznego życia. Bez udziwnień, bez nierealnych snów. I stało się jasne. Czyżbym wreszcie się pogodziła? Z zaprzepaszczonymi szansami, uzdolnieniami, z utraconym przyszłym życiem? Chyba nareszcie tak.
Doszło do mnie, że już nie chcę walczyć, wymyślać. Że godzę się na pozostanie nikim, na bycie bez jakichkolwiek wyćwiczonych umiejętności, o których marzyłam od dziecka, na studia w Polsce, po których nie zostanę osobą, czy pracownikiem jakim chciałabym być. I jakoś to będzie.
 
Zazwyczaj coś jest ostateczne, jeśli wyznaję to przed Bogiem. I tym razem miało to miejsce wczoraj w kościele. Takie ostateczne zaakceptowanie kolei rzeczy. Jak zwykle, oczy niemal zachodziły mi łzami. Ale pogodziłam się i wcale nie było mi ciężko. Może nawet lżej. Może nawet uśmiechałam się do siebie. Może nawet chciałam przyjąć to, co będzie. I może nawet zmniejszył się mój żal do rodziców, że nie znają moich marzeń i nie obchodzą ich moje uzdolnienia - że mnie nie znają.

Myślałam, że na to właśnie czekałam, że o to chodziło. Tylko, że nagle ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu mama nagle przypomniała sobie o mojej pasji do muzyki i pragnieniu grania na gitarze (po niemal 19 latach! Brawo!). A także wymyśliła, że syn jej znajomego jest muzykiem i wraca w marcu z Ameryki. To ci dopiero dowcip! Ale nie, nie dowcip. Poważnie stwierdziła, że mógłby mnie nauczyć grać. Jak się okazało później - nie muszę czekać do marca, bo i ten znajomy potrafi grać i z chęcią da mi parę lekcji.
Nie ukryję tego, że ucieszyłam się niesamowicie. Z drugiej strony te myśli: dlaczego właśnie teraz, kiedy wszystko sobie pozamiatałam w głowie? Podchodzę więc do tego sceptycznie. Oczywiście postaram się wykorzystać tę okazję jak tylko będę umiała. Ale co będzie - czas pokaże.

Au revoir.

9 stycznia 2013

Days

Czas jakoś leci. Nic ostatnio ciekawego się nie wydarzyło. No może jedynie impreza w małym gronie w ostatni weekend, na którym przesadziłam z alkoholem i do dziś mam jakiś problem z żołądkiem. Moja wina, głupia wina. Ale tak zawsze jakoś wychodzi. Muszę się doprowadzić do porządku, jakoś zorganizować sobie inaczej posiłki może. Inaczej zwariuję.
 
Jeżeli chodzi o mój nastrój - od początku roku, od kiedy napisałam ostatnio - utrzymuje się w całkiem dobrym stanie. Jestem z tego zadowolona. W dalszym ciągu nie myślę non stop o moich problemach i zahamowuje swoje fantazje. Zauważyłam, że przechodzą mi co niektóre natrętne marzenia (a może raczej pragnienia). Kładę się spać i po prostu zasypiam. To olbrzymia różnica, zważając na to, że wcześniej zamiast zapadać w sen - myślałam, myślałam, marzyłam...
 
Nadal mam w sobie lepszą energię, taką mniej pesymistyczną, mniej ospałą. Ale czy to rzeczywiście coś zmienia wokół mnie? Mnie na pewno. Ale moje otoczenie pozostało obojętne. Jednak nie przejmuje się tym na razie, bo już niedługo opuszczam to paskudne miejsce i tych jeszcze gorszych ludzi. Chociaż w każdym innym miejscu spotkam tak samo fałszywych, złych, zdolnych do wszystkiego, i którym nie da się ufać. Tacy są ludzie. Gatunek przeklęty.
 

2 stycznia 2013

Energia.

Coś się zmieniło. Nowy rok dał mi nadzieję. W tej chwili jestem naładowana pozytywnym myśleniem, siłą i spokojem. Jak to się stało?

Przyczyny często bywają śmieszne lub nawet głupie. Nieważne jakie są - ważne jak działają. Wczoraj przypadkowo trafiłam na dokument w TVN24. Nie pamiętam jak się nazywał, ale pamiętam o czym był - o energii. Nie takiej typowo elektrycznej czy biologicznej, ale takiej która łączy w sobie wszystkie. Łączy tematy, które od zawsze mnie fascynowały: podświadomości, wyobraźni, empatii, metafizyki i duchowości, zmysłów mentalnych, psychometrii i intuicji - czyli energetycznego pola ciała człowieka! Był to bardzo wciągający wątek, który przypomniał mi, że świat materialny to nie wszystko. I że przecież wierzę w moc podświadomości i wyobraźni. W istnienie energii, która otacza każdego człowieka, która u każdego jest wyjątkowa oraz pozostawia swoje ślady w otoczeniu i przejmuje je z zewnątrz. Wierzę w uzdrawiającą moc jej czystej postaci. Nie raz doświadczyłam jej istnienia. Każdy z nas jej doświadcza, ale mało kto potrafi to dostrzec, ponieważ najczęściej nie wie po prostu, że coś takiego istnieje.

Nagle zaczęłam nie myśleć o tym co złe, przestałam błądzić w złudnych myślach i marzeniach mojej głowy. Wzrósł poziom mojej wiary i pewności w sens tego wszystkiego. Oczyściłam się starym sposobem i...było mi dobrze. Chciało mi się śpiewać i cieszyć z przypływu dobrej energii. Grunt to pozytywne myślenie. Jeśli ja mogę z ogromnego cierpienia (które towarzyszyło mi z rana) przejść właściwie nagle do naprawdę pozytywnych wrażeń - to każdy może! Jedynym problemem jest znalezienie czegoś, co nas do tego popchnie. Niewiele osób przejmuje się tematami mentalności czy podświadomości, a tym bardziej nie każdy w to wierzy. Dlatego warto się tym zainteresować, bo człowiek po takiej dawce fascynujących informacji ożywa. I warto w to uwierzyć! Na mnie to działa!

A teraz po tym dziwnym wywodzie trochę więcej racjonalizmu. Nasze myślenie potrafi niewiarygodnie zmienić nasze doznania. Trudno zapanować nad myślami. Ale przecież jeszcze trudniej w nich marnieć. Czy tak naprawdę bez duchowości można walczyć z bólem życia? Wszystko leczymy wiarą w Boga, wiarą w nadprzyrodzone moce i zjawiska, wiarą w dobre energie. To dowodzi tego, że trzeba się ich uczyć i poznawać. Warto.