Pierwsza lekcja gry na gitarze, nie licząc moich marnych starań. Uczyłam się dziś brzdąkać na gitarze klasycznej i po powrocie okazało się, że mój akustyk jest dla mnie zbyt udręczający (przez struny oczywiście). To dlatego moje próby wychodziły mi kiepsko. I kończyłam je po zaledwie paru minutach. To nie na moje palce. Z tej więc okazji zakupiłam przed chwilą kolejną gitarę - tym razem klasyczną. Na początek muszę pogodzić się z nieco mniej odpowiadającym mi brzmieniem. Moje biedne palce nie dadzą rady inaczej!
Podobno jak na pierwszy raz idzie mi bardzo dobrze, ale jestem nastawiona sceptycznie. Widząc jak gra ktoś, kto grać umie, zastanawiam się, jak to możliwe nauczyć się tej sztuki! To musi wymagać na prawdę wielkiego poświęcenia! Boje się, że nie podołam, że odpuszczę, albo że nie znajdę czasu. Przecież teraz, przed maturą mam sporo (żeby tylko!) na głowie. Tak marzę, żeby świetnie grać! Lecz obawiam się wysiłku, jaki powinnam w to włożyć, aby tak było.
Palce bolą. To najmniejszy problem. Zresztą jestem zadowolona z czasu, przez jaki udało mi się grać. Na akustyku skończyłabym z podobnym bólem (a nawet większym) po pięciu minutach. A już chciałam rzucać się na elektryczną. Może dobrze wyszło, jak wyszło. Muszę zaczynać wolniej niż inni. Cóż, dotąd jedynym wysiłkiem dla moich palców było przewracanie kartek książek. Po obraniu dwóch ziemniaków wyskakiwały mi pęcherze -.- Tak, sierota ze mnie.