14 stycznia 2013

Ironia.

Mój kolejny post miał być o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z losem oczywiście. Z życiem i tym prostym byciem - moim bezsensem. Jednak się nie zdecydowałam, ale muszę napisać o tym teraz.
 
Kilka dni temu, coś się stało. Nie wiem co dokładnie, ale uspokoiłam się wewnętrznie, ochłonęłam, wyluzowałam. Być może zobaczyłam, że wszystko stoi na przeszkodzie, że cała masa rzeczy idzie nie tak, pod wiatr, piasek sypie się w oczy. I...przestałam walczyć i rwać się jak opętana. Zapragnęłam normalnego, statecznego życia. Bez udziwnień, bez nierealnych snów. I stało się jasne. Czyżbym wreszcie się pogodziła? Z zaprzepaszczonymi szansami, uzdolnieniami, z utraconym przyszłym życiem? Chyba nareszcie tak.
Doszło do mnie, że już nie chcę walczyć, wymyślać. Że godzę się na pozostanie nikim, na bycie bez jakichkolwiek wyćwiczonych umiejętności, o których marzyłam od dziecka, na studia w Polsce, po których nie zostanę osobą, czy pracownikiem jakim chciałabym być. I jakoś to będzie.
 
Zazwyczaj coś jest ostateczne, jeśli wyznaję to przed Bogiem. I tym razem miało to miejsce wczoraj w kościele. Takie ostateczne zaakceptowanie kolei rzeczy. Jak zwykle, oczy niemal zachodziły mi łzami. Ale pogodziłam się i wcale nie było mi ciężko. Może nawet lżej. Może nawet uśmiechałam się do siebie. Może nawet chciałam przyjąć to, co będzie. I może nawet zmniejszył się mój żal do rodziców, że nie znają moich marzeń i nie obchodzą ich moje uzdolnienia - że mnie nie znają.

Myślałam, że na to właśnie czekałam, że o to chodziło. Tylko, że nagle ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu mama nagle przypomniała sobie o mojej pasji do muzyki i pragnieniu grania na gitarze (po niemal 19 latach! Brawo!). A także wymyśliła, że syn jej znajomego jest muzykiem i wraca w marcu z Ameryki. To ci dopiero dowcip! Ale nie, nie dowcip. Poważnie stwierdziła, że mógłby mnie nauczyć grać. Jak się okazało później - nie muszę czekać do marca, bo i ten znajomy potrafi grać i z chęcią da mi parę lekcji.
Nie ukryję tego, że ucieszyłam się niesamowicie. Z drugiej strony te myśli: dlaczego właśnie teraz, kiedy wszystko sobie pozamiatałam w głowie? Podchodzę więc do tego sceptycznie. Oczywiście postaram się wykorzystać tę okazję jak tylko będę umiała. Ale co będzie - czas pokaże.

Au revoir.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz