31 grudnia 2012

Hated day.

New Year's Eve...tak to jest? Chyba tak. Znienawidzony przeze mnie dzień już dawno temu. Jak to wszystko się szybko zmienia. Jako dziecko uwielbiasz ten dzień. A tu nagle...grom, błyskawica, grzmot! Nienawidzę! I sama nie wiem czemu.

W ten dzień czuję się taka odcięta od świata, tak totalnie ograniczona! Co za męczące, paskudne uczucie! Jest to święto całego Świata! Chciałabym być teraz z ludźmi z całej Ziemi, w jednym miejscu! Ale to jest nieosiągalne, nieprawdopodobne, niemożliwe. Czuję taką pustkę!
Bardziej niż zwykle dostrzegam moją samotność. I wyobrażam sobie ludzi bawiących się gdzieś w Nowym Jorku - w gronie przyjaciół i bliskich. Z szampanem, szczerym śmiechem i taką zażyłością z tymi ludźmi, o jakiej można marzyć - wśród najprawdziwszej, najsilniejszej przyjaźni! Zazdroszczę im i gratuluję jednocześnie. Tak powinno być. To najpiękniejsze, co może być!

Nie potrafię się cieszyć. To nawet nie to! Nie potrafię pozostać choćby o b o j ę t n a na to święto wśród mojej samotności - bo cieszyć się nie mam z czego, ale przecież nie powinnam też się smucić! To święto stworzone żeby się bawić! Coś jest nie tak. Chyba nie pomyślano o osobach takich jak ja - samotnikach, których ten dzień dobija.

Już nawet chciałam zostać w domu kompletnie(!) sama. Bez jedzenia, szampana, sztucznych ogni. Siedzieć, wyłączyć światła, może pozostawić jakąś drobną lampkę. Wyłączyć telewizor, usiąść przed oknem i patrzeć w ciemność i pustkę. Lecz pewnie wzmogłoby to moje cierpienie. Chociaż coś ciągnęło mnie do tego. Napisał do mnie kuzyn, abym przyjechała. Nie mogłam odmówić, bo w takiej sytuacji (kiedy nasi rodzicie wyjeżdżali na zabawę) przyjeżdżałam do nich. Będziemy siedzieć w czwórkę, oglądać telewizję. A ja zamiast jawnie, będę cierpieć wewnątrz...


EDIT: 
I po Sylwestrze. Nie cierpię tego uczucia. Po wszystkim jest jeszcze gorzej. Jednak nie oglądaliśmy telewizji. Rozmawialiśmy za to z obcokrajowcami przez Skype. Nie było nudno. Wyrwałyśmy się jeszcze z kuzynką do miasta na powitanie 2013 roku. Przybyłyśmy chyba za dwadzieścia 12.00. Zostałyśmy do 1.00. W naszym szarym małym mieście było...badziewnie. Nie spodziewałam się niczego lepszego i jeszcze raz zamarzyłam o NY.
Na Skype ktoś spytał się kuzynce: Do you have a boyfriend? Odpowiedź brzmiała No. Padło stwierdzenie: So you have no sex tonight. Tak, cała prawda. Każdy tej nocy uprawia seks! To takie oczywiste! I przeszła mi po głowie okropna myśl, że gdzieś w Nowym Jorku moi ulubieni gitarzyści, perkusiści czy wokaliści, których kocham...za parę godzin (powiedzmy to wprost) będą uprawiać seks. Ah losie! No chyba, że prędzej się upiją, ale zawsze mogą to zrobić przed godziną 12.00. A ja ich tak kocham! Haha o losie! Marzę o ich życiu!

Jeszcze jakieś refleksje? Chyba nie. Żadnych bezsensownych postanowień, ani życzeń, które się nie spełniają. Nie chcę być tu. Chcę dobrej muzyki, tłumu ludzi i...wspaniałej przyjaźni.

Życzę sobie i wam jedynie tego, byście wszyscy byli szczęśliwi, ludzie!

27 grudnia 2012

Utonęłam w marzeniach.

Kolejny miło spędzony dzień. Z okazji świąt postanowiłam nie myśleć o tym, co mnie rani. I całkiem dobrze mi to idzie. Ale mam tak wielką ochotę wpaść w to bagno znowu. Dlaczego? Sama nie wiem. Nie nazwałabym tego chęcią samookaleczenia psychicznego, ale...no właśnie! Ale? Może po porostu nie chcę udawać przed światem i przed samą sobą, że jest lepiej. Bo nie jest. Chwilowo zamknęłam w sobie tę drugą osobę wyjącą z bólu, lecz co z tego, jak za jakiś czas uwolni się mimowolnie. Czy stanie się różnica, jeśli na chwilę ją w sobie uwiężę?

Boże, jak ja tęsknię za tym czego nigdy nie miałam! To niedobre, wiem. Od czasu kiedy jest "lepiej" nieustannie błądzę w myślach, topię się w pragnieniach i ciągle marzę i marzę...
Totalnie zakochałam się w moich marzeniach. Bezpamiętnie i namiętnie.
Marzę już całe dnie. Od rana o nocy. Źle. Boże uwolnij mnie!

24 grudnia 2012

Normalka.

Człowiek przeżywa silne cierpienie nie mogąc nic zrobić, a on umie zauważyć tylko, że nic nie zrobił...

Podobno dziś Wigilia. A więc musi być 24 grudnia. W końcu! W końcu mogę (jak zwykle tego dnia miesiąca) zająć się sprawdzaniem jak bardzo stan moich włosów uległ zmianie przez mijający miesiąc. Tak!
...

21 grudnia 2012

Ułamek wolności.

Dziś trochę lepszy dzień. W zasadzie jeśliby zapomnieć o tym co mnie męczy, to dzień był bardzo udany. Nie ma to jak trzy dziewczyny podróżujące po całym pięknym mieście Merckiem. Zakupy, żarcie, kino, głośna muzyka w samochodzie - kompletny spontan! Same. Cóż za wspaniałe uczucie wolności! I to wzmagające się pragnienie wyrwania się stąd i chęci ucieczki. Zapomnienia o wszystkich.

20 grudnia 2012

Heavier Heart

Czuję się fatalnie. Coraz gorzej i gorzej, bo każda nowa myśl zaczyna zalegać na sercu. Mam je coraz cięższe. Coraz trudniej mi oddychać. Już niemal duszę się swoim bezsensem, żalem, płaczem, bólem.
Nie mogę nic z tym zrobić. Są we mnie jakby dwie osoby. Jestem Ja - dźwigająca ciężar, nie mająca krzty odwagi, by cokolwiek wyznać, nie mająca ochoty na rozmowę, tym bardziej tak szczerą i bolesną. Niewyobrażająca sobie nawet jak taka rozmowa mogłaby wyglądać, jak bym mogła w ogóle ją zacząć, jak w ogóle powiedzieć! I ta Druga, która cierpi tak bardzo, że jest wstanie wykrzyczeć wszystko, a przy tym płakać, płakać, płakać i gardzić swoim życiem. Ale kiedy emocje opadają - wracam Ja. Znów wszystko zamykam w sobie. Nic nie mówię, udaję, że wszystko jest w porządku. I co najgorsze, muszę robić to na tyle dobrze, że nikt nigdy nie zauważył. A może mam rodziców ze znieczulicą.

Czułabym się lepiej i pewniej, gdyby moi rodzice wspierali mnie i pomagali, tak jak normalni rodzice, a nie krytykowali każdą moją decyzję i olewali moje marzenia. Kiedy jestem tak skołowana, że nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem, oni potrafią to tylko pogłębić. Nie biorą na poważnie mnie i moich aspiracji. Potrafią wszystko przemienić w żart, śmiech, głupkowaty pomysł. Ograniczają mnie ze wszystkich stron. Ograniczają mnie tak, że biorąc to za żart czy głupotę wybijają mnie z pewności siebie, z poczucia słuszności mojej decyzji. Z myślenia, że to, o czym mówię na prawdę ma dla mnie znaczenie. I wtedy nic już nie wiem.

Chciałabym czasem zniknąć z tego świata. Przecież i tak nie ma osoby, dla której bym coś znaczyła. Zero prawdziwych przyjaciół, jakichkolwiek przyjaciół! Kompletny brak zainteresowania z czyjejkolwiek strony. Zupełnie nic, dziura, pustka. Zwykła jednostka.

Nasuwa mi się piosenka, za którą nawet nie przepadam. Jednak snuje mi się po głowie uporczywie:
I have got heavier heart. I must give it away. Maybe it's not too late to regret now. I have gone into the deepest dark. I stained my hands with blood. If the end won't be painful I should be grateful.

10 grudnia 2012

Najintymniejsze. Najbardziej bolesne.

Nie potrafię pogodzić się ze swoim życiem. Próbowałam. I ciągle nie mogę. To mnie zadręcza, wraca co jakiś czas, ostatnio nawet częściej.

Rodzice rozczarowują mnie na każdym kroku. Mam ich dość, nie od dziś. I to nie nastoletnie fochy. To trwa już lata. Może to dlatego, że nie mogę im zapomnieć, że nie zrobili  kiedyś nic, co miało dla mnie prawdziwe znaczenie. Nie mogę zapomnieć! To jest główną przyczyną moich udręk, właśnie to do mnie wraca niemal co dzień!
Oni mnie nie znają. Nie rozumieją. Nie wiedzą o czym marzę, co ma dla mnie wartość. A może udają, że nie znają moich snów. Grają głupich. Jeszcze nigdy w życiu nie spełnili żadnego mojego pragnienia! Spełniali moje zachcianki, ale nie marzenia! Mam tyle, a jakbym nie miała nic. Ludzie biedni są szczęśliwsi ode mnie...Ani jednego marzenia.
Materialiści i egoiści! Mają pieniądze na remont pokoju, kupno nowych mebli, podłogi, łóżka, telewizora, samochodu i wszystkiego co ładnie wygląda i czym można się pochwalić. Lubią być lepsi. Nawet w takich drobnych rzeczach. Nigdy jednak nie mieli pieniędzy na wypoczynek, rozrywkę...i te cholerne marzenia!
Mam do nich tak ogromny żal! Tak bardzo potrzebuję, żeby ktoś to wiedział, poznał, pocieszył! Ktokolwiek. Czy oni na prawdę mogą być aż tak ślepi!? Niczego mi nie brakuje, a pytam się Boga dlaczego dał mi takich rodziców! To jest znacznie gorsze niż okropne. Taki żal! Taki żal! Który krzyczy we mnie z całych sił i nikt, kompletnie nikt tego nie słyszy! Tylko ja, tylko ja go duszę i tylko mnie rozrywa od wewnątrz! To tak cholernie boli! Jestem tak nieszczęśliwa! To przytłacza mnie bardziej niż cokolwiek! Niż moja samotność i dziwność! Jeśli ktoś tego nie przeżył - nie zrozumie! Nie dziwię się młodym ludziom, którzy zabierają sobie życie przez brak zrozumienia wśród własnych rodziców! Bo nie ma nic gorszego od niezrozumienia ze strony rodziców! Dlaczego więc, Boże? No dlaczego!?

Marzę o tym żeby zniknąć. Wyobrażałam sobie jak wyjeżdżam do Anglii, znajduję pracę, usamodzielniam się. Nikt nie wie gdzie mieszkam, nikt nie zna mojego numeru telefonu, nikt nie wie czym się zajmuję, kim jestem, co robię i jaka teraz jestem. Zupełnie nic! Zrywam kontakt z każdym, z kim kiedykolwiek miałam do czynienia! Dla pewności, że rodzice mnie nie znajdą. Dla pewności, że tajemnica pozostanie tajemnicą. Na zawsze. I tylko ja ją znam. A potem nareszcie jestem kimś. I zmieniam imię, zmieniam nazwisko, kolor włosów, styl i zatajam całą przeszłość! Aby zobaczyli, a nie poznali. Żebym nie musiała dalej i dalej odkrywać ich obojętności na moje marzenia i niewiedzy o mnie. Abym nie przypominała sobie o niej za każdym razem kiedy patrzę na nich. Ale przecież nie mam odwagi. Nigdy nie miałam, by postawić tak wielki i znaczący krok.

Tak bardzo pragnę zniknąć! By nie dusić więcej w sobie tych uczuć i żalu. I nie musieć go ukrywać. Bo nie mogę im powiedzieć. Oni są tacy nieświadomi...przecież nie mogłabym im tego zrobić. To by ich zdołowało. Obudziło w nich takie wyrzuty sumienia...tak myślę. Teraz i tak już za późno. Już nic nie zmienią, nic nie da się naprawić, nic nie da się zrobić. Jestem wrakiem. Na zawsze będę nikim. Zmarnowane talenty, przegapione szanse, zrujnowane marzenia. To już za mną, to już przeszłość. Teraz muszę zostać nikim.
A jednak nie przestaję wierzyć w cuda. Postaram się nareszcie sama, SAMA(!) doświadczyć namiastki tych dawnych pragnień. Skosztować chociażby najdrobniejszego fragmentu i próbować. Próbować i próbować. I zawdzięczać - czegokolwiek doświadczę - tylko samej sobie! Upadać i podnosić się. I znów upadać. Cierpieć i znosić i cierpieć cały czas!
Aż przyjdzie czas, w którym nastąpi prawdziwy cud, kiedy Bóg mi podaruje to, o co proszę całe życie, kiedy osiągnę sukces...albo, w którym zginę!

Boże! Bądź przy mnie zawsze! Bez Ciebie nie byłoby mnie! Jesteś wszystkim.


PS. Jeszcze nigdy nie poruszyłam tematu tak intymnego dla mnie, tak ważnego i zarazem tak bolesnego. To temat, który wzmaga we mnie niechęć do życia... Coś czego nie mogę przeboleć. Czego nie potrafię opisać, bo nie ma takich słów.
Zrobić to, czy nie zrobić...Zacząć drugie życie, czy patrzeć...Jak sobie poradzić? Jeśli się tak nie da!?

2 grudnia 2012

Nie rozumiem.

Źle mi ze sobą. Ostatnio przyznałam się przed własną osobą, że potrafię być bez skrupułów zła. To znaczy...nie taka zła, jak to można sobie wyobrażać, ale to co robię (lub raczej myślę) dobre na pewno nie jest. Jest przykre, smutne i...złe.
Jakiś czas temu, moja kumpela zaprosiła mnie i kilka osób do siebie do domu, żeby oblać zdany egzamin na prawo jazdy. Nie miałam nawet ochoty tam być, ale żeby nie wyjść na obojętną - poszłam. Trochę wypiłyśmy, zabawnie się zrobiło i w pewnym momencie TO. Coś czego się nie spodziewałam i co mnie nie uszczęśliwiło. Wina alkoholu, czy nie - nieważne. Nazwała mnie swoją p r z y j a c i ó ł k ą. Co gorsze padło tam też słowo n a j l e p s z ą. No nie! To pierwsze co pomyślałam. To nie tak miało być. Czemu do cholery mnie tak nazwała!? Przeraziłam się, ale starając się mieć jak najbardziej minę całkiem niezwiędłą (jaką miałam w rzeczywistości) przytakiwałam i mówiłam, że wiem. Aaaah! A dosłownie jakiś czas wcześniej postanowiłam się trochę mniej z nią kontaktować. To głupie! Narzekam na samotność, na brak przyjaciół, ale odrzucam ją! Oddalam ją! Krzyczę na życie, bo nie mam nikogo, i nie chce się z nią przyjaźnić! Lubię ją. Kolegujemy się od końca gimnazjum. To chyba jedyna osoba z tej szkoły z jaką mam kontakt i to bardzo dobry (nie licząc mojej przyjaciółki, która chyba już nią nie jest - na pewno). Kumplujemy się, mamy ze sobą świetny kontakt, lepszy niż ze swoimi "oficjalnymi" przyjaciółkami, a jednak nigdy nie nazwałyśmy się nimi. Nigdy! I mi to pasowało, bo...No właśnie, bo? Bo się jej wstydzę? Kur*a, tak! Tak, tak, tak! To okropne, wiem, ale chyba tak!
Tam, wtedy, poczułam się tak źle w środku. Współczułam jej. Było mi jej żal, że podejmuje tak nietrafne wybory swoich przyjaciół. Do tej pory jej przyjaźnie kończyły się klęską. Jeżeli w ogóle to były prawdziwe przyjaźnie. Było mi przykro, kiedy kolejna osoba zostawiała ją na lodzie, zrywała więzi i myślałam sobie, że to może ona raczej powinna lepiej dobierać sobie przyjaciół. I znów źle trafiła - na mnie. Ah, jak się kiedyś znów zawiedzie. Niepotrzebnie dałam jej to przeświadczenie, że jestem dobrą kandydatką. Nie chciałam tego, ale chyba tak to wyszło. Szkoda mi jej.
Znów się pytam - dlaczego więc to robię? To bardzo w porządku dziewczyna, dobrze mi się z nią gada - chyba na razie nie ma osoby, z którą rozmawiałoby mi się lepiej. Ale ja szukam kogoś innego. Pisałam już, że potrzebuję zmian otoczenia, ludzi. Może już nie szukam przyjaźni, ale czegoś więcej...Kto by pomyślał. Nie rozumiem. Nie wiem o co mi chodzi. Wiem, że źle robię, że to jest aż obrzydliwe na swój sposób, wiem, że nie powinnam, a jednak. Nie odwrócę się, to nie w moim stylu, nie stać mnie na to. Może nie jestem aż tak zła, kto wie. Nie mogłabym. Ale chcę zachować ten dystans. Chcę, aby ona była ostrożna. I też go zachowywała. Jestem niepewną osobą.
Potrzebuję kogoś takiego jak ja. Kogoś tak dziwnego, o takich samych zainteresowaniach, lub innych - kogoś z pasją. A przede wszystkim kogoś, kogo będzie interesowało, co jest dla mnie pasją. Ona taka nie jest. Czuję, że ja jej pomagam, a ona nie ma mi nic do zaoferowania. Za każdym razem tak mi się wydaje. Tak samo było z moją ostatnią przyjaciółką. Znów to samo uczucie, że nikt mnie nie rozumie.