Źle mi ze sobą. Ostatnio przyznałam się przed własną osobą, że potrafię być bez skrupułów zła. To znaczy...nie taka zła, jak to można sobie wyobrażać, ale to co robię (lub raczej myślę) dobre na pewno nie jest. Jest przykre, smutne i...złe.
Jakiś czas temu, moja kumpela zaprosiła mnie i kilka osób do siebie do domu, żeby oblać zdany egzamin na prawo jazdy. Nie miałam nawet ochoty tam być, ale żeby nie wyjść na obojętną - poszłam. Trochę wypiłyśmy, zabawnie się zrobiło i w pewnym momencie TO. Coś czego się nie spodziewałam i co mnie nie uszczęśliwiło. Wina alkoholu, czy nie - nieważne. Nazwała mnie swoją p r z y j a c i ó ł k ą. Co gorsze padło tam też słowo n a j l e p s z ą. No nie! To pierwsze co pomyślałam. To nie tak miało być. Czemu do cholery mnie tak nazwała!? Przeraziłam się, ale starając się mieć jak najbardziej minę całkiem niezwiędłą (jaką miałam w rzeczywistości) przytakiwałam i mówiłam, że wiem. Aaaah! A dosłownie jakiś czas wcześniej postanowiłam się trochę mniej z nią kontaktować. To głupie! Narzekam na samotność, na brak przyjaciół, ale odrzucam ją! Oddalam ją! Krzyczę na życie, bo nie mam nikogo, i nie chce się z nią przyjaźnić! Lubię ją. Kolegujemy się od końca gimnazjum. To chyba jedyna osoba z tej szkoły z jaką mam kontakt i to bardzo dobry (nie licząc mojej przyjaciółki, która chyba już nią nie jest - na pewno). Kumplujemy się, mamy ze sobą świetny kontakt, lepszy niż ze swoimi "oficjalnymi" przyjaciółkami, a jednak nigdy nie nazwałyśmy się nimi. Nigdy! I mi to pasowało, bo...No właśnie, bo? Bo się jej wstydzę? Kur*a, tak! Tak, tak, tak! To okropne, wiem, ale chyba tak!
Tam, wtedy, poczułam się tak źle w środku. Współczułam jej. Było mi jej żal, że podejmuje tak nietrafne wybory swoich przyjaciół. Do tej pory jej przyjaźnie kończyły się klęską. Jeżeli w ogóle to były prawdziwe przyjaźnie. Było mi przykro, kiedy kolejna osoba zostawiała ją na lodzie, zrywała więzi i myślałam sobie, że to może ona raczej powinna lepiej dobierać sobie przyjaciół. I znów źle trafiła - na mnie. Ah, jak się kiedyś znów zawiedzie. Niepotrzebnie dałam jej to przeświadczenie, że jestem dobrą kandydatką. Nie chciałam tego, ale chyba tak to wyszło. Szkoda mi jej.
Znów się pytam - dlaczego więc to robię? To bardzo w porządku dziewczyna, dobrze mi się z nią gada - chyba na razie nie ma osoby, z którą rozmawiałoby mi się lepiej. Ale ja szukam kogoś innego. Pisałam już, że potrzebuję zmian otoczenia, ludzi. Może już nie szukam przyjaźni, ale czegoś więcej...Kto by pomyślał. Nie rozumiem. Nie wiem o co mi chodzi. Wiem, że źle robię, że to jest aż obrzydliwe na swój sposób, wiem, że nie powinnam, a jednak. Nie odwrócę się, to nie w moim stylu, nie stać mnie na to. Może nie jestem aż tak zła, kto wie. Nie mogłabym. Ale chcę zachować ten dystans. Chcę, aby ona była ostrożna. I też go zachowywała. Jestem niepewną osobą.
Potrzebuję kogoś takiego jak ja. Kogoś tak dziwnego, o takich samych zainteresowaniach, lub innych - kogoś z pasją. A przede wszystkim kogoś, kogo będzie interesowało, co jest dla mnie pasją. Ona taka nie jest. Czuję, że ja jej pomagam, a ona nie ma mi nic do zaoferowania. Za każdym razem tak mi się wydaje. Tak samo było z moją ostatnią przyjaciółką. Znów to samo uczucie, że nikt mnie nie rozumie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz