28 lutego 2013

Porażka

Mam dziś doła. Od pewnego czasu jestem słaba, zmęczona, bez energii. Kompletnie wypompowana, jakby ktoś wyssał ze mnie wszystko co miałam jeszcze jakiś czas temu i co owocowało. Wykończona psychicznie i fizycznie. Nie mam na nic siły, nie mam chęci, nie mam czasu. A to daje porażkę na całej linii.

Nauczyciele zaczęli się mnie czepiać. Trudno się dziwić skoro średnio trzy razy w tygodniu przysypiam! A ze wspaniałych ocen na półrocze (chyba moich najlepszych w liceum), zrobiły się same jedynki i dwóje. A ja nie potrafię wyjaśnić mojej niemocy. Nie wiem co się dzieje. Nic mi nie wychodzi. Oni muszą mnie dobijać. Myślą pewnie, że odpuściłam, nawet dzś się dowiedziałam, że "nic nie robię". A ja wiem, że to nie tak.

Zostały już tylko dwa mniesiące do wakacji. I jeszcze kilka dni więcej do matury. Już nic nie zmienię. Zakończę edukację szkolną z najgorszą średnią w życiu, z pretensjami nauczycieli i osobistą porażką. Liczyłan na zupełnie coś innego. Ale chwila - i wszystko się zmieniło. Nie zapanowałam nad tym. Nie przewidziałam tego. Teraz chociaż niewiem jakbym się starała - jest za późno. A i tak starać się nie mogę, bo nie mam na to sił.

20 lutego 2013

Wczoraj nieuchronnie minął ostatni dzień, w którym mogłam powiedzieć o sobie: osiemnastolatka. Przyznam się, że teraz nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. Jednak trzy miesiące temu nie mogłam się z tym pogodzić :D. Wydaje się, że osiemnastka przyjdzie i już nigdy nie pójdzie. Najpierw na nią czekasz, a później nie myślisz co dalej. Nagle uświadamiasz sobie, że to na co czekałeś wkrótce mija, że czas gna, że teraz już nie dorastasz. Że teraz życie będzie oczekiwało od ciebie innego zachowania, decyzji, myślenia. A za parę lat przyjdzie czas, w którym będziesz z niepewnością oglądać swój proces starzenia. Już nie jesteś osiemnastką! A przecież nie zaznałam tego, o czym myślałam, ze zaznam przez ten rok! Nikt nie zaznał, bo pierwszy rok dorosłości jest przereklamowany.
 
Czy przez ten rok zaszły jakieś zmiany? Jakieś spostrzeżenia? Wydarzenia?
 
Tak na prawdę w życiu każdego z nas nic konkretnego, co by można było przepisać pełnoletniości nie wydarzyło się. Ja zyskałam jedynie prawo jazdy i możliwość picia alkoholu legalnie. Oprócz tego stan sprzed lat trwa. Brak przyjaźni, samotność, zmienny nastrój, nauka. Totalnie nic.
Kojarzę tylko jeszcze, że byłam na cudownym  koncercie The Rasmus. W tym też czasie zrozumiałam, że moja przyjaźń się zakończyła, i że przyjaźni mi brakuje.
 
Obecnie nie mam marzeń na teraz. Dziwne - skończyły się. Brak mi sił, jestem wykończona szkołą. Ostatnio każdego dnia padam ze zmęczenia i nie jestem wstanie się wyrobić z nauką, obowiązkami. Im mniej czasu do matury - a zatem do następującej po niej mojej upragnionej wolności i swawoli - tym ten czas wydaje się być dłuższym. Tak bardzo nie mogę się doczekać.
 
Boje się, że moje pragnienie samodzielności sprawi, że stanę się jeszcze bardziej samotna i zamknięta. Przecież wtedy nikt i nic nie zmusza cię do przebywania z jednymi ludźmi (jak szkoła, klasa). Boje się, że będę żałować, tego o czym od dawna marzyłam.
 

14 lutego 2013

Kryzys zażegnany. Ha! Znowu! Nieustannie walczę ze sobą. Wariactwo i szaleństwo przeplatają się może nie ze szczęściem - ale z najzwyklejszą moją obojętnością. Moje wnętrze jest potargane, zmienia się jak nieobliczalna natura. Nie nadążam za sobą. Może to kolejny powód dlaczego nikt mnie nie zna. Sama siebie nie rozumiem i biegnę, biegnę, biegnę. Gonię za sobą jak za szczęściem. Dlatego go nie mam.
Być może to kwestia hormonów. Mam za mało czegoś tam i to dlatego stałam się tak depresyjna, chociaż nigdy wcześniej bym się o to nie podejrzewała. To nie jest jeszcze pewne, ale mam zamiar sprawdzić swoje podejrzenia. Oczywiście depresyjność to jeden z wielu niepokojących dolegliwości. Podjęłam decyzję natychmiastowo, dlatego że panicznie boję się pobierania krwi. Czas w końcu to zrobić. Aj.
 
Nigdy się nie zmienię. Przestałam w to wierzyć. Na zawsze zamknięta, uśpiona, samotna.
 
 

6 lutego 2013

Czekając na koniec.

Po miesiącu dobra energia przestała wokół mnie istnieć. Cała radość ze mnie uszła, to wszystko co sama w siebie wpompowałam chyba siłą poprzez po prostu dobre nastawienie. To za słabe oddziaływanie. Dobre, ale zbyt kruche. Znowu wróciła ta druga pozbawiona życia osoba. Może nawet bardziej osamotniona, depresyjna, melancholijna, bezsilna. Której nawet nie chce się już żyć.
 
To od czego się zaczęło jest już teraz nieważne. Ale sprawiło, to co złe. Na weselu pojawi się osoba, której nie znoszę, nienawidzę, brzydzę się! Mój brat ją zaprasza. Moja kompromitacja. Mój wstyd. Moje obrzydzenie.
Nie mogąc uwierzyć w to, co ma nastąpić wpadłam w rozpacz i złość. Stawiłam nawet ultimatum: albo ona, albo ja. Rodzice wiedzieli co to dla mnie znaczy, a mimo to nie chcieli wybierać. Wściekła, nie rozumiejąc tego, udałam się do brata. Nie pytał o wiele, zgodził się. Mama rozpłakała się na myśl o przykrości jaką prawdopodobnie mu sprawiłam. Wiem. Przecież było mi głupio. Ale co ze mną!? Musiałam przecież podjąć jakiś krok!
 
Wcale nie jest mi lepiej. Nie jest mi też gorzej. Jednak wybierając: cierpienie z powodu tej osoby czy cierpienie spowodowane wyrzutami sumienia - wybieram to pierwsze. A to znaczy, że wszystko muszę odkręcić. Nie dbam o to, to bzdury. We mnie pękła kolejna tama, rozlewając ból i fale samotności po psychice, która ledwo to znosi.
Cokolwiek bym nie zrobiła, będzie złe. Wszystko prowadzi zatem do jednego wyjścia: pójdziemy obie i to ja(!) będę cierpieć. Jak zwykle daję za wygraną! Jak zwykle biorę wszystko na własne barki! Będę udawać, że jest w porządku, będę wszystko znosić, ukrywać, kłamać. Jak zwykle nieszczęśliwa. I tradycyjnie nikt nie będzie brał mnie na poważnie. Nikt nie pomoże. Nikt nie da wsparcia. Nikt we mnie nie uwierzy. Smarkula! Wymysły, zachcianki, fochy! Nie, nie, nie!
 
Nie umiem się zabić, nie potrafię chociażby prosić o śmierć. Nawet tego nie potrafię dla siebie zrobić.
 
Mam tylko Boga. A jednak zastanawiam się, czy nie byłoby mi łatwiej bez Niego. Pytam się dlaczego moje życie składa się jedynie z cierpienia. Czemu nie doznaję szczęścia w pełni, dlaczego zawsze jest jakiś problem. Dlaczego mimo, że mam wiele wad i zła w sobie, nie mogę znieść wyrzutów i przegrywam. Dlaczego dbam o ich dobre samopoczucie jednocześnie niszcząc swoje. Dlaczego mając do nich żal, pozwalam go pogłębiać.
Mam tylko Boga. Ani jednej osoby. Ani jednej. Jaki sens ma takie życie? To nie życie dla człowieka. To zbyt okrutne. To nie życie dla jakiejkolwiek innej istoty. To martwe życie. Czekanie na śmierć. Czekanie na śmierć to nie życie. Co to więc jest?
 
 

3 lutego 2013

Wesele?

Po studniówce. Tak jak myślałam - nie żałuję. Obejrzałam już trochę zdjęć wstawionych na Facebooka. Tak jak obiecałam skomentowałam je 'puściutkimi' tekstami :D żeby było zabawnie. Jak widać los jest łaskaw i będę mogła to odrobić.
 
Na początku była złość na mojego szczeniackiego brata, kiedy mama oznajmiła mi, że będę ciocią. Tak, nie wiadomo czy się śmieć czy płakać. Oczywiście zawsze szukam dobrych stron, więc wymyśliłam: może nareszcie brat zmądrzeje, wesele no i...w końcu będę ciocią.
Kiedyś myślałam: jakby to było miło gdybym miała bratanka niewiele młodszego ode mnie. Nie będzie o tyle młodszy, jak sobie marzyłam (chciałam być młodą ciocią :D) - ale zawsze młodszy niż się spodziewałam w rzeczywistości. Licząc mniej więcej - jak będzie nastolatkiem, ja będę trzydziestoparoletnią kobietą. Stara? Nie stara? Powiedzmy, że może być.
 
Dopiero początek, a ja już rozmyślam o dalekiej przyszłości haha. To zabawne. Nie sądziłam, że to mi się tak spodoba. Byle nie wchodziło mi w drogę. Rodzice mają jeszcze mnie na utrzymaniu, to mnie mają wychowywać. Idę na studia. Mam nadzieję, że pamiętają. Najważniejsze jest jednak to, że mama się pogodziła. Musiałam z nią długo rozmawiać, by pokazać jej dobre strony i pomóc jej we wzięciu tego na większym luzie i bardziej nowocześnie. Tylko ona jak zwykle się okrutnie dąsała, a jak przypuszczałam - reszta rodziny jest zachwycona.
 
Luźny post, luźna sprawa.