Po miesiącu dobra energia przestała wokół mnie istnieć. Cała radość ze mnie uszła, to wszystko co sama w siebie wpompowałam chyba siłą poprzez po prostu dobre nastawienie. To za słabe oddziaływanie. Dobre, ale zbyt kruche. Znowu wróciła ta druga pozbawiona życia osoba. Może nawet bardziej osamotniona, depresyjna, melancholijna, bezsilna. Której nawet nie chce się już żyć.
To od czego się zaczęło jest już teraz nieważne. Ale sprawiło, to co złe. Na weselu pojawi się osoba, której nie znoszę, nienawidzę, brzydzę się! Mój brat ją zaprasza. Moja kompromitacja. Mój wstyd. Moje obrzydzenie.
Nie mogąc uwierzyć w to, co ma nastąpić wpadłam w rozpacz i złość. Stawiłam nawet ultimatum: albo ona, albo ja. Rodzice wiedzieli co to dla mnie znaczy, a mimo to nie chcieli wybierać. Wściekła, nie rozumiejąc tego, udałam się do brata. Nie pytał o wiele, zgodził się. Mama rozpłakała się na myśl o przykrości jaką prawdopodobnie mu sprawiłam. Wiem. Przecież było mi głupio. Ale co ze mną!? Musiałam przecież podjąć jakiś krok!
Wcale nie jest mi lepiej. Nie jest mi też gorzej. Jednak wybierając: cierpienie z powodu tej osoby czy cierpienie spowodowane wyrzutami sumienia - wybieram to pierwsze. A to znaczy, że wszystko muszę odkręcić. Nie dbam o to, to bzdury. We mnie pękła kolejna tama, rozlewając ból i fale samotności po psychice, która ledwo to znosi.
Cokolwiek bym nie zrobiła, będzie złe. Wszystko prowadzi zatem do jednego wyjścia: pójdziemy obie i to ja(!) będę cierpieć. Jak zwykle daję za wygraną! Jak zwykle biorę wszystko na własne barki! Będę udawać, że jest w porządku, będę wszystko znosić, ukrywać, kłamać. Jak zwykle nieszczęśliwa. I tradycyjnie nikt nie będzie brał mnie na poważnie. Nikt nie pomoże. Nikt nie da wsparcia. Nikt we mnie nie uwierzy. Smarkula! Wymysły, zachcianki, fochy! Nie, nie, nie!
Nie umiem się zabić, nie potrafię chociażby prosić o śmierć. Nawet tego nie potrafię dla siebie zrobić.
Mam tylko Boga. A jednak zastanawiam się, czy nie byłoby mi łatwiej bez Niego. Pytam się dlaczego moje życie składa się jedynie z cierpienia. Czemu nie doznaję szczęścia w pełni, dlaczego zawsze jest jakiś problem. Dlaczego mimo, że mam wiele wad i zła w sobie, nie mogę znieść wyrzutów i przegrywam. Dlaczego dbam o ich dobre samopoczucie jednocześnie niszcząc swoje. Dlaczego mając do nich żal, pozwalam go pogłębiać.
Mam tylko Boga. Ani jednej osoby. Ani jednej. Jaki sens ma takie życie? To nie życie dla człowieka. To zbyt okrutne. To nie życie dla jakiejkolwiek innej istoty. To martwe życie. Czekanie na śmierć. Czekanie na śmierć to nie życie. Co to więc jest?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz