31 grudnia 2012

Hated day.

New Year's Eve...tak to jest? Chyba tak. Znienawidzony przeze mnie dzień już dawno temu. Jak to wszystko się szybko zmienia. Jako dziecko uwielbiasz ten dzień. A tu nagle...grom, błyskawica, grzmot! Nienawidzę! I sama nie wiem czemu.

W ten dzień czuję się taka odcięta od świata, tak totalnie ograniczona! Co za męczące, paskudne uczucie! Jest to święto całego Świata! Chciałabym być teraz z ludźmi z całej Ziemi, w jednym miejscu! Ale to jest nieosiągalne, nieprawdopodobne, niemożliwe. Czuję taką pustkę!
Bardziej niż zwykle dostrzegam moją samotność. I wyobrażam sobie ludzi bawiących się gdzieś w Nowym Jorku - w gronie przyjaciół i bliskich. Z szampanem, szczerym śmiechem i taką zażyłością z tymi ludźmi, o jakiej można marzyć - wśród najprawdziwszej, najsilniejszej przyjaźni! Zazdroszczę im i gratuluję jednocześnie. Tak powinno być. To najpiękniejsze, co może być!

Nie potrafię się cieszyć. To nawet nie to! Nie potrafię pozostać choćby o b o j ę t n a na to święto wśród mojej samotności - bo cieszyć się nie mam z czego, ale przecież nie powinnam też się smucić! To święto stworzone żeby się bawić! Coś jest nie tak. Chyba nie pomyślano o osobach takich jak ja - samotnikach, których ten dzień dobija.

Już nawet chciałam zostać w domu kompletnie(!) sama. Bez jedzenia, szampana, sztucznych ogni. Siedzieć, wyłączyć światła, może pozostawić jakąś drobną lampkę. Wyłączyć telewizor, usiąść przed oknem i patrzeć w ciemność i pustkę. Lecz pewnie wzmogłoby to moje cierpienie. Chociaż coś ciągnęło mnie do tego. Napisał do mnie kuzyn, abym przyjechała. Nie mogłam odmówić, bo w takiej sytuacji (kiedy nasi rodzicie wyjeżdżali na zabawę) przyjeżdżałam do nich. Będziemy siedzieć w czwórkę, oglądać telewizję. A ja zamiast jawnie, będę cierpieć wewnątrz...


EDIT: 
I po Sylwestrze. Nie cierpię tego uczucia. Po wszystkim jest jeszcze gorzej. Jednak nie oglądaliśmy telewizji. Rozmawialiśmy za to z obcokrajowcami przez Skype. Nie było nudno. Wyrwałyśmy się jeszcze z kuzynką do miasta na powitanie 2013 roku. Przybyłyśmy chyba za dwadzieścia 12.00. Zostałyśmy do 1.00. W naszym szarym małym mieście było...badziewnie. Nie spodziewałam się niczego lepszego i jeszcze raz zamarzyłam o NY.
Na Skype ktoś spytał się kuzynce: Do you have a boyfriend? Odpowiedź brzmiała No. Padło stwierdzenie: So you have no sex tonight. Tak, cała prawda. Każdy tej nocy uprawia seks! To takie oczywiste! I przeszła mi po głowie okropna myśl, że gdzieś w Nowym Jorku moi ulubieni gitarzyści, perkusiści czy wokaliści, których kocham...za parę godzin (powiedzmy to wprost) będą uprawiać seks. Ah losie! No chyba, że prędzej się upiją, ale zawsze mogą to zrobić przed godziną 12.00. A ja ich tak kocham! Haha o losie! Marzę o ich życiu!

Jeszcze jakieś refleksje? Chyba nie. Żadnych bezsensownych postanowień, ani życzeń, które się nie spełniają. Nie chcę być tu. Chcę dobrej muzyki, tłumu ludzi i...wspaniałej przyjaźni.

Życzę sobie i wam jedynie tego, byście wszyscy byli szczęśliwi, ludzie!

27 grudnia 2012

Utonęłam w marzeniach.

Kolejny miło spędzony dzień. Z okazji świąt postanowiłam nie myśleć o tym, co mnie rani. I całkiem dobrze mi to idzie. Ale mam tak wielką ochotę wpaść w to bagno znowu. Dlaczego? Sama nie wiem. Nie nazwałabym tego chęcią samookaleczenia psychicznego, ale...no właśnie! Ale? Może po porostu nie chcę udawać przed światem i przed samą sobą, że jest lepiej. Bo nie jest. Chwilowo zamknęłam w sobie tę drugą osobę wyjącą z bólu, lecz co z tego, jak za jakiś czas uwolni się mimowolnie. Czy stanie się różnica, jeśli na chwilę ją w sobie uwiężę?

Boże, jak ja tęsknię za tym czego nigdy nie miałam! To niedobre, wiem. Od czasu kiedy jest "lepiej" nieustannie błądzę w myślach, topię się w pragnieniach i ciągle marzę i marzę...
Totalnie zakochałam się w moich marzeniach. Bezpamiętnie i namiętnie.
Marzę już całe dnie. Od rana o nocy. Źle. Boże uwolnij mnie!

24 grudnia 2012

Normalka.

Człowiek przeżywa silne cierpienie nie mogąc nic zrobić, a on umie zauważyć tylko, że nic nie zrobił...

Podobno dziś Wigilia. A więc musi być 24 grudnia. W końcu! W końcu mogę (jak zwykle tego dnia miesiąca) zająć się sprawdzaniem jak bardzo stan moich włosów uległ zmianie przez mijający miesiąc. Tak!
...

21 grudnia 2012

Ułamek wolności.

Dziś trochę lepszy dzień. W zasadzie jeśliby zapomnieć o tym co mnie męczy, to dzień był bardzo udany. Nie ma to jak trzy dziewczyny podróżujące po całym pięknym mieście Merckiem. Zakupy, żarcie, kino, głośna muzyka w samochodzie - kompletny spontan! Same. Cóż za wspaniałe uczucie wolności! I to wzmagające się pragnienie wyrwania się stąd i chęci ucieczki. Zapomnienia o wszystkich.

20 grudnia 2012

Heavier Heart

Czuję się fatalnie. Coraz gorzej i gorzej, bo każda nowa myśl zaczyna zalegać na sercu. Mam je coraz cięższe. Coraz trudniej mi oddychać. Już niemal duszę się swoim bezsensem, żalem, płaczem, bólem.
Nie mogę nic z tym zrobić. Są we mnie jakby dwie osoby. Jestem Ja - dźwigająca ciężar, nie mająca krzty odwagi, by cokolwiek wyznać, nie mająca ochoty na rozmowę, tym bardziej tak szczerą i bolesną. Niewyobrażająca sobie nawet jak taka rozmowa mogłaby wyglądać, jak bym mogła w ogóle ją zacząć, jak w ogóle powiedzieć! I ta Druga, która cierpi tak bardzo, że jest wstanie wykrzyczeć wszystko, a przy tym płakać, płakać, płakać i gardzić swoim życiem. Ale kiedy emocje opadają - wracam Ja. Znów wszystko zamykam w sobie. Nic nie mówię, udaję, że wszystko jest w porządku. I co najgorsze, muszę robić to na tyle dobrze, że nikt nigdy nie zauważył. A może mam rodziców ze znieczulicą.

Czułabym się lepiej i pewniej, gdyby moi rodzice wspierali mnie i pomagali, tak jak normalni rodzice, a nie krytykowali każdą moją decyzję i olewali moje marzenia. Kiedy jestem tak skołowana, że nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem, oni potrafią to tylko pogłębić. Nie biorą na poważnie mnie i moich aspiracji. Potrafią wszystko przemienić w żart, śmiech, głupkowaty pomysł. Ograniczają mnie ze wszystkich stron. Ograniczają mnie tak, że biorąc to za żart czy głupotę wybijają mnie z pewności siebie, z poczucia słuszności mojej decyzji. Z myślenia, że to, o czym mówię na prawdę ma dla mnie znaczenie. I wtedy nic już nie wiem.

Chciałabym czasem zniknąć z tego świata. Przecież i tak nie ma osoby, dla której bym coś znaczyła. Zero prawdziwych przyjaciół, jakichkolwiek przyjaciół! Kompletny brak zainteresowania z czyjejkolwiek strony. Zupełnie nic, dziura, pustka. Zwykła jednostka.

Nasuwa mi się piosenka, za którą nawet nie przepadam. Jednak snuje mi się po głowie uporczywie:
I have got heavier heart. I must give it away. Maybe it's not too late to regret now. I have gone into the deepest dark. I stained my hands with blood. If the end won't be painful I should be grateful.

10 grudnia 2012

Najintymniejsze. Najbardziej bolesne.

Nie potrafię pogodzić się ze swoim życiem. Próbowałam. I ciągle nie mogę. To mnie zadręcza, wraca co jakiś czas, ostatnio nawet częściej.

Rodzice rozczarowują mnie na każdym kroku. Mam ich dość, nie od dziś. I to nie nastoletnie fochy. To trwa już lata. Może to dlatego, że nie mogę im zapomnieć, że nie zrobili  kiedyś nic, co miało dla mnie prawdziwe znaczenie. Nie mogę zapomnieć! To jest główną przyczyną moich udręk, właśnie to do mnie wraca niemal co dzień!
Oni mnie nie znają. Nie rozumieją. Nie wiedzą o czym marzę, co ma dla mnie wartość. A może udają, że nie znają moich snów. Grają głupich. Jeszcze nigdy w życiu nie spełnili żadnego mojego pragnienia! Spełniali moje zachcianki, ale nie marzenia! Mam tyle, a jakbym nie miała nic. Ludzie biedni są szczęśliwsi ode mnie...Ani jednego marzenia.
Materialiści i egoiści! Mają pieniądze na remont pokoju, kupno nowych mebli, podłogi, łóżka, telewizora, samochodu i wszystkiego co ładnie wygląda i czym można się pochwalić. Lubią być lepsi. Nawet w takich drobnych rzeczach. Nigdy jednak nie mieli pieniędzy na wypoczynek, rozrywkę...i te cholerne marzenia!
Mam do nich tak ogromny żal! Tak bardzo potrzebuję, żeby ktoś to wiedział, poznał, pocieszył! Ktokolwiek. Czy oni na prawdę mogą być aż tak ślepi!? Niczego mi nie brakuje, a pytam się Boga dlaczego dał mi takich rodziców! To jest znacznie gorsze niż okropne. Taki żal! Taki żal! Który krzyczy we mnie z całych sił i nikt, kompletnie nikt tego nie słyszy! Tylko ja, tylko ja go duszę i tylko mnie rozrywa od wewnątrz! To tak cholernie boli! Jestem tak nieszczęśliwa! To przytłacza mnie bardziej niż cokolwiek! Niż moja samotność i dziwność! Jeśli ktoś tego nie przeżył - nie zrozumie! Nie dziwię się młodym ludziom, którzy zabierają sobie życie przez brak zrozumienia wśród własnych rodziców! Bo nie ma nic gorszego od niezrozumienia ze strony rodziców! Dlaczego więc, Boże? No dlaczego!?

Marzę o tym żeby zniknąć. Wyobrażałam sobie jak wyjeżdżam do Anglii, znajduję pracę, usamodzielniam się. Nikt nie wie gdzie mieszkam, nikt nie zna mojego numeru telefonu, nikt nie wie czym się zajmuję, kim jestem, co robię i jaka teraz jestem. Zupełnie nic! Zrywam kontakt z każdym, z kim kiedykolwiek miałam do czynienia! Dla pewności, że rodzice mnie nie znajdą. Dla pewności, że tajemnica pozostanie tajemnicą. Na zawsze. I tylko ja ją znam. A potem nareszcie jestem kimś. I zmieniam imię, zmieniam nazwisko, kolor włosów, styl i zatajam całą przeszłość! Aby zobaczyli, a nie poznali. Żebym nie musiała dalej i dalej odkrywać ich obojętności na moje marzenia i niewiedzy o mnie. Abym nie przypominała sobie o niej za każdym razem kiedy patrzę na nich. Ale przecież nie mam odwagi. Nigdy nie miałam, by postawić tak wielki i znaczący krok.

Tak bardzo pragnę zniknąć! By nie dusić więcej w sobie tych uczuć i żalu. I nie musieć go ukrywać. Bo nie mogę im powiedzieć. Oni są tacy nieświadomi...przecież nie mogłabym im tego zrobić. To by ich zdołowało. Obudziło w nich takie wyrzuty sumienia...tak myślę. Teraz i tak już za późno. Już nic nie zmienią, nic nie da się naprawić, nic nie da się zrobić. Jestem wrakiem. Na zawsze będę nikim. Zmarnowane talenty, przegapione szanse, zrujnowane marzenia. To już za mną, to już przeszłość. Teraz muszę zostać nikim.
A jednak nie przestaję wierzyć w cuda. Postaram się nareszcie sama, SAMA(!) doświadczyć namiastki tych dawnych pragnień. Skosztować chociażby najdrobniejszego fragmentu i próbować. Próbować i próbować. I zawdzięczać - czegokolwiek doświadczę - tylko samej sobie! Upadać i podnosić się. I znów upadać. Cierpieć i znosić i cierpieć cały czas!
Aż przyjdzie czas, w którym nastąpi prawdziwy cud, kiedy Bóg mi podaruje to, o co proszę całe życie, kiedy osiągnę sukces...albo, w którym zginę!

Boże! Bądź przy mnie zawsze! Bez Ciebie nie byłoby mnie! Jesteś wszystkim.


PS. Jeszcze nigdy nie poruszyłam tematu tak intymnego dla mnie, tak ważnego i zarazem tak bolesnego. To temat, który wzmaga we mnie niechęć do życia... Coś czego nie mogę przeboleć. Czego nie potrafię opisać, bo nie ma takich słów.
Zrobić to, czy nie zrobić...Zacząć drugie życie, czy patrzeć...Jak sobie poradzić? Jeśli się tak nie da!?

2 grudnia 2012

Nie rozumiem.

Źle mi ze sobą. Ostatnio przyznałam się przed własną osobą, że potrafię być bez skrupułów zła. To znaczy...nie taka zła, jak to można sobie wyobrażać, ale to co robię (lub raczej myślę) dobre na pewno nie jest. Jest przykre, smutne i...złe.
Jakiś czas temu, moja kumpela zaprosiła mnie i kilka osób do siebie do domu, żeby oblać zdany egzamin na prawo jazdy. Nie miałam nawet ochoty tam być, ale żeby nie wyjść na obojętną - poszłam. Trochę wypiłyśmy, zabawnie się zrobiło i w pewnym momencie TO. Coś czego się nie spodziewałam i co mnie nie uszczęśliwiło. Wina alkoholu, czy nie - nieważne. Nazwała mnie swoją p r z y j a c i ó ł k ą. Co gorsze padło tam też słowo n a j l e p s z ą. No nie! To pierwsze co pomyślałam. To nie tak miało być. Czemu do cholery mnie tak nazwała!? Przeraziłam się, ale starając się mieć jak najbardziej minę całkiem niezwiędłą (jaką miałam w rzeczywistości) przytakiwałam i mówiłam, że wiem. Aaaah! A dosłownie jakiś czas wcześniej postanowiłam się trochę mniej z nią kontaktować. To głupie! Narzekam na samotność, na brak przyjaciół, ale odrzucam ją! Oddalam ją! Krzyczę na życie, bo nie mam nikogo, i nie chce się z nią przyjaźnić! Lubię ją. Kolegujemy się od końca gimnazjum. To chyba jedyna osoba z tej szkoły z jaką mam kontakt i to bardzo dobry (nie licząc mojej przyjaciółki, która chyba już nią nie jest - na pewno). Kumplujemy się, mamy ze sobą świetny kontakt, lepszy niż ze swoimi "oficjalnymi" przyjaciółkami, a jednak nigdy nie nazwałyśmy się nimi. Nigdy! I mi to pasowało, bo...No właśnie, bo? Bo się jej wstydzę? Kur*a, tak! Tak, tak, tak! To okropne, wiem, ale chyba tak!
Tam, wtedy, poczułam się tak źle w środku. Współczułam jej. Było mi jej żal, że podejmuje tak nietrafne wybory swoich przyjaciół. Do tej pory jej przyjaźnie kończyły się klęską. Jeżeli w ogóle to były prawdziwe przyjaźnie. Było mi przykro, kiedy kolejna osoba zostawiała ją na lodzie, zrywała więzi i myślałam sobie, że to może ona raczej powinna lepiej dobierać sobie przyjaciół. I znów źle trafiła - na mnie. Ah, jak się kiedyś znów zawiedzie. Niepotrzebnie dałam jej to przeświadczenie, że jestem dobrą kandydatką. Nie chciałam tego, ale chyba tak to wyszło. Szkoda mi jej.
Znów się pytam - dlaczego więc to robię? To bardzo w porządku dziewczyna, dobrze mi się z nią gada - chyba na razie nie ma osoby, z którą rozmawiałoby mi się lepiej. Ale ja szukam kogoś innego. Pisałam już, że potrzebuję zmian otoczenia, ludzi. Może już nie szukam przyjaźni, ale czegoś więcej...Kto by pomyślał. Nie rozumiem. Nie wiem o co mi chodzi. Wiem, że źle robię, że to jest aż obrzydliwe na swój sposób, wiem, że nie powinnam, a jednak. Nie odwrócę się, to nie w moim stylu, nie stać mnie na to. Może nie jestem aż tak zła, kto wie. Nie mogłabym. Ale chcę zachować ten dystans. Chcę, aby ona była ostrożna. I też go zachowywała. Jestem niepewną osobą.
Potrzebuję kogoś takiego jak ja. Kogoś tak dziwnego, o takich samych zainteresowaniach, lub innych - kogoś z pasją. A przede wszystkim kogoś, kogo będzie interesowało, co jest dla mnie pasją. Ona taka nie jest. Czuję, że ja jej pomagam, a ona nie ma mi nic do zaoferowania. Za każdym razem tak mi się wydaje. Tak samo było z moją ostatnią przyjaciółką. Znów to samo uczucie, że nikt mnie nie rozumie.

22 listopada 2012

Koleżanka zadzwoniła na telefon i dowiedziałam się, że klasa wymyśliła mi parę 'ciekawych' propozycji, jeśli można tak to określić. Jeśli myślą, że wkręcą mnie na studniówkę, poprzez danie mi roli, to się mylą. Tak, nie idę na studniówkę. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo jak zaczną mnie naciskać, to...Boje się, że się zdecyduję aby nie wyjść na osobę, za którą mogą mnie uważać.

Ta impreza po prostu mnie nie jara. Żadna impreza mnie nie jara. Nie jestem typem osoby, która na nie chodzi. I mam swoje powody. Po pierwsze, w klubach puszczają muzykę, której nie lubię (dance, pop, elektryczna, klubowa - wszystko, co jest stworzone na imprezy i wszystko czego nie znoszę!), przy której nie mogę się bawić i czuję się źle. Jeden jedyny raz w życiu poszłam do klubu. I to było coś okropnego! Obiecałam sobie, że nigdy więcej! Po drugie, nienawidzę tańczyć. Nie widzę kompletnie nic ciekawego, w głupim, bezmyślnym tańczeniu niemal w miejscu, gibaniu się, trzymaniu rąk w górze, stąpaniu, poruszaniu jedynie rękoma, czy nawet jak ktoś lubi - tyłkiem, przez kilka godzin! Przecież to jest coś najgłupszego na świecie! Jak można dwie godziny tańczyć w ten sposób!? A ludzie to lubią i to jak! Tańce klasyczne - to rozumiem! Ale takie coś...
Powracam do mojego zdania o studniówce. Rewia mody, tańce, jedzenie, picie. Nie mam ochoty patrzeć jak inni tańczą (z pewnością bym tego nie robiła), jedzą, czy piją i starają się wyglądać jak najlepiej. Istny koszmar. Nie lubię takich imprez. Chyba każdy przyzna, że lepiej nie iść na studniówkę, niż wspominać do końca życia, że się źle bawiło (a bawiłabym się źle, z wiadomych powodów). Poza tym, nie przepadam za ludźmi z mojej klasy, nie mam z kim iść, nie mam w ogóle nikogo w tej cholernej szkole, z kim mogłabym się przyjaźnić. Jestem skazana na niepójście na to coś.
Wyobrażam sobie, jak dziewczyny, które mówią: Ha ha ha. Pewnie przyjdą w sprężynkach na głowie i kwiatami na włosach; same tak wyglądają, a osoby, które nie pojawiły się w sprężynkach śmieją się z nich po cichu, a te się jeszcze tłumaczą, że im tak mama doradziła, albo fryzjerka. A te najbardziej otwarte i śmiałe, przychodzą w sukniach do ziemi, niczym "księżniczki" tylko na wejście smoka, a później zmieniają je na wygodniejsze. Wszystko to widzę. Bo nikt mi nie wmówi, że tak nie będzie, bo tak jest zawsze. I nie dziwi mnie to wcale, czy denerwuje - tylko nudzi. Bo rozumiem, że każdy chce wyglądać jak najlepiej, nie ma w tym nic dziwnego. Też bym chciała. Chciałabym wybierać sukienkę, myśleć o spięciu włosów, o kupnie butów. Czasami mam chęć się w to wszystko wmieszać. Ale nie warto dla przyjemności przygotowań (które czasem okazują się horrorem) iść na coś, co nie jest dla mnie.

16 listopada 2012

Ja.

Teraz coś o mnie. A najpierw o mojej przeszłości. Bloga nierealistyczna.blog.onet.pl stworzyłam 27 stycznia 2010 roku. Wspominałam wiele razy, że było to wynikiem jak dotąd największego kryzysu w moim życiu. Depresja, anagnoris, rozbudzenie nierealnych marzeń, pathos. O ile się nie mylę utworzyłam go podczas drugiej fali tego cierpienia.
Pierwsza była - jak teraz to widzę - wynikiem głupoty, pomyłki umysłu, zbłądzenia, szukania siebie po raz pierwszy. Teraz nie mogę uwierzyć, dlaczego myślałam jak wtedy, dlaczego tak pragnęłam, dlaczego tak to przeżyłam. To było coś, na czym mi nie zależy, co do mnie nie należy i nie wiem, jak mogłam kiedyś zainteresować się czymś takim. Po prostu: głupota i nonsens. Nie żałuję jednak tego. Okazało się to świetnym przygotowaniem do drugiej, tej "prawdziwej" fali.
Tu nastąpiło wspomniane wcześniej głębokie rozpoznanie. Zdałam sobie sprawę, na czym tak na prawdę mi zależało, zależy i będzie zależeć na zawsze. A co było najgorsze, zapomniałam o tym kiedyś i straciłam swoje szanse. I stało się to nierealne. Moje wszystkie marzenia! To, czego pragnę najbardziej na świecie.(Słyszę teraz Hollywood Hills <3 w radiu - i czuję się świetnie, bo Sunrise Avenue sprawia, że marzę właśnie tak odległe sny i daje mi w nie wiarę.) Nie płakałam już tak. Nie musiałam znosić już tak ciężkiego bólu, chociaż to było najważniejsze. Miałam już siłę, a co więcej zyskałam też wiarę w Boga i ogromną Nadzieję. Tak miało być. Od tamtego czasu do dziś, zmagam się z przerażonymi myślami. Wydaję mi się, że to trwa już tak długo, jakby całe moje życie. Dni załamania dotykają mnie co jakiś czas. Lecz głęboko wierzę w cuda. Moja Nadzieja nie pozwala mi przestać marzyć i wierzyć w cud.


Nie wiem co mogę o sobie powiedzieć. Nikt nie wie jaka jestem. Nie wiedzą tego obcy, ani najbliżsi. Ja sama mogę niewiele o sobie wiedzieć. Nieustannie potrzebuję zmian - zmian siebie, otoczenia i otaczających mnie ludzi. Nie przywiązuję się do niczego, ani do nikogo. Co więcej, nie lubię ludzi. Może to dlatego, że nie spotkałam jeszcze nikogo ważnego dla mnie. Jestem osobą zamkniętą - źle mi z tym i cierpię na samotność. Jednocześnie nie umiem wytworzyć jakiejkolwiek więzi, boję się, nie mam ochoty, nie chcę, dobrze mi jest jak jestem sama, w ciszy. Nie ufam nikomu. Sławię Wolność.
Jestem marzycielką, jednocześnie obiektywistką i można powiedzieć, że wyznaję biologizm. Nie znoszę osób (a raczej ich zdania) nieobiektywnych. Patrzę na realny świat rozumem, empatią i przemyśleniami. Słucham, analizuję, stwierdzam fakty. Na własny zaś świat, moją przyszłość, patrzę pod pryzmatem marzeń. Zawsze mam rację. Bo stwierdzam coś wtedy, gdy ją mam. Jeśli nie mam pojęcia jaka jest prawda - nie mówię. Jeśli nie jestem pewna - zaznaczam to. Jeśli wyrażam własne, subiektywne zdanie - podkreślam to. Jeśli się mylę - przyznaję się do błędu - nie mam z tym problemu. Logiczne jest więc to, że ciężko jest mi coś udowodnić, jeśli się z tym nie zgadzam. Ale nie jestem uparta, można mi zdradzić własne zdanie. Wszystko potrafię zrozumieć. Szanuję każde zdanie i nie przekonuję na siłę do swojego.
Można mi zaufać. Tajemnica to dla mnie rzecz święta. Każdy pewnie tak pomyśli o sobie, ale prawda bywa różna. Szanuję prywatność i nie trzeba mi mówić, kiedy mam milczeć, kiedy zachować coś dla siebie. Sama nie ufam ludziom (ludziom nie można ufać, ale to temat na cały post), więc sama chcę być osobą godną zaufania, zawsze. Bywam niemiła, ale nie bezpośrednio. Nie umiem być dla kogoś złą twarzą w twarz. Jestem najbardziej niekonfliktową osobą jaką znam! Nie cierpię uczucia, kiedy ktoś jest na mnie zły, czy mnie po prostu nie lubi. Żyję z ludźmi w stosunkach koleżeńskich, spokojnych, obojętnych. Uważam na to, co mówię. Patrzę, chłonę, dostosowuję się.
Nie jestem zwykła. Może i nawet nienormalna. Myślę sobie nawet, że uchodzę za dziwaczkę. Może nie dla wszystkich i nie zawsze, ale mam świadomość tego, że tak może być. I nie obraziłabym się nawet, gdyby ktoś mi to wyznał. Nie jestem zwykła. Większość ludzi nie przeżywia świata w taki sposób jak ja. Nie wiem nawet jak go opisać. Wiem tylko, że to niemożliwe. Nie jestem zwykła. Czuję to, widzę to, wiem to. Ale to nie jest pozytywna rzecz. Raczej zadająca ból. Chciałabym być przeciętna, mieć mniejsze ambicje, nie mieć tak odległych marzeń i wielkich pasji. Można by powiedzieć, że chciałabym mieć inny mózg. A może umysł, może duszę. Trzymam w sobie silną wiarę, która każe mi wierzyć, że wszystko ma cel.
Mam wiele wierzeń. Mam wiele pasji...lub miałam. Zawsze interesowała mnie strona niematerialna: sprawy umysłu, podświadomości, empatii, medytacji, czucia, wyobraźni i ogólnie rzeczy biorąc psychometrii. Można by pomyśleć, że nie ma w tym za grosz biologizmu. Pewnie nie wyznaję go w czystej, pierwotnej postaci. Ale to co dotyczy człowieka - również ta duchowo-umysłowa strona - jest nim dla mnie. Moc umysłu jest ogromna. Trzeba pamiętać, że bierze w niej udział biologiczny mózg, a także Bóg. I to On jest jedyną właśnie rzeczą, która odbiega od wszystkiego.
Długo by jeszcze pisać. Nie ma sensu opisywać wszystkich cech, którym pewnie po zastanowieniu znalazłabym więcej. Wymienić też ich nie potrafię, bo nie ma cech czarnych czy białych. A wyjaśniać - jak wspominałam - wszystkiego nie będę.

Moja filozofia:
  1. W moim życiu nie ma przypadków.
  2. Wszystko jest możliwe.
  3. Cuda się zdarzają, marzenia się spełniają.
  4. Są rzeczy, których człowiek nie może sobie wyobrazić.
  5. Nic nie trwa wiecznie.
  6. Przeznaczenia nie ma (jedynie powołanie).
  7. Lepsza najgorsza prawda, od kłamstwa.
    (i wiele innych, które jak sobie przypomnę to uzupełnię)
Reczy, które ubóstwiam (ubóstwianie jest najwyższą rangą):
  • rock
  • kopytka
  • glany
  • głos Lauriego
  • Lipton Green Tea 
Te listy są dla mnie. To mój pamiętnik. Potrzebuję spisywać moje refleksje, bo się w nich gubię i jest ich tak dużo, że nie jestem w stanie pamiętać o wszystkim.

Cała jestem osobą sprzeczną. Jestem niedefiniowalna.




12 listopada 2012

Mój ból.

Wczorajszy dzień mnie przytłoczył. Nie. To za mało. Wczoraj miałam dzień wypełniony cierpieniem i płaczem. Wszystko zaczęło się od głupiego meczu hokeja - Polska - Ukraina. Mecz, o którym nie warto pisać. Nie jest mi dane dożyć momentu, w którym Polska stworzy dobrą drużynę. Uwielbiam hokej, ale kiedy oglądam przegraną naszego zespołu - wtedy go nienawidzę. Żałuję, że ten sport nie jest popularny w Polsce. Muszę z tym żyć. Całe szczęście są na tym świecie tak cudowne drużyny jak m.in. fińska. Ale nie o tym miałam...

Płakałam przez całą ostatnią tercję, i zapragnęłam być tam. Nie tam, w tej hali, ale tam - na ich miejscu. Zrobiłam wyrzuty - żartując - rodzicom, że nie nauczyli mnie hokeja, że nie kazali mi grać w tenisa, jeździć gokartami, nie wysłali mnie do drużyny siatkarskiej. W mojej głowie zarzuty przekształciły się w szczery żal, w prawdę. Łzy w oczach były już czymś więcej niż zawodem spowodowanym meczem. Znów przypomniałam sobie, że jestem nikim i na zawsze będę nikim! Mam żal do rodziców, że nie kształtowali mnie w przeszłości, tak jak bym tego chciała. Kiedy jeszcze żartowałam, wypierali się, że niby gdzie miałam się uczyć? Niby racja. Ale jest coś. Dlaczego nie wysłali mnie do szkoły muzycznej, skoro owa jest w pobliżu, a ja miałam...miałam talent!? No dlaczego do cholery!? Tego im nie powiedziałam. Rozpłakałam się.

Jakiś czas później, wciąż pełna emocji, uświadomiłam sobie, że oni nie dość, że nic nie zrobili kiedyś, to udają, że mnie nie rozumieją teraz! Że nic się nie stało, że ja na prawdę żartuję. Jakby uciekali przed moimi wyrzutami, grali głupców. Dziś już sama nie wiem co jeszcze, ale wczoraj to było jasne i bolało o k r o p n i e. Nie wytrzymałam.

Zrozumiałam, że naprawdę pozostanę niczym. Że nic nie jestem warta na tym świecie, że moje życie to jedno wielkie cierpienie. Zobaczyłam, że nie mam nic. Nic w sobie, co mogłoby mnie podtrzymać na duchu, z czego mogłabym się cieszyć: konkretnego talentu, urody, charakteru, otwartości, perfekcyjnej figury, nikogo... I ujrzałam, że koleżanki, których twarze uważam za niezbyt urodziwe (może nawet całkiem nieurodziwe) są otwarte, mają mnóstwo przyjaciół i kogoś więcej, a nawet figurę, o której można pomarzyć. Następna: cała wygląda niechlujnie i jest brzydka - ona kogoś ma i gra na flecie. Tamta, następna z takich - ma talent, gra na wiolonczeli. A tamta? Jest ładna, ale nie ma figury - ale jest otwarta, bez jakichkolwiek uprzedzeń - ta ma przyjaciół! No a tamta? Ta jest całkiem zwykła - nie ma żadnego talentu, ale jest sympatyczna i lubiana - zwykła. No a ta? Z twarzy - nic szczególnego - porywcza i złośliwa, zdradliwa, a jednak znajduje jakichś zwolenników. O! A co z tą? Ta ma wszystko. Wszystko! A ja nie mam nic.

Chciałabym być miech choć jedną z tych rzeczy! Albo chociaż chciałabym być zwykła! Każdy, ten co ma gorzej ode mnie - ma lepiej. Biedni mają lepiej! Brzydcy mają lepiej! Brudni mają lepiej! Za co ja jestem ukarana, że nie mam nic! Że jestem tak nieszczęśliwa? Nie mam nic konkretnego. Kiedyś miałam talenty, ale zniknęły. To jedna z najokrutniejszych kar! Mam wszystkiego po trochu, czyli nie mam nic!

Miałam pretensje nawet do Boga. Bo nie wiem, co On ma na celu. Czy w ogóle coś ma. Czuję, że ta przegrana w głupim meczu, miała mi przypomnieć o moim beznadziejnym życiu. Ale po co? Teraz coś sobie przypomniałam. Jak wczoraj w kościele mówiłam w myślach, że przetrwam wszystko, jeśli to będzie Jego wola. Sprawdzian? Ale skąd ja mam wiedzieć, czy to co się dzieje jest Jego wolą!? Mówiłam wyraźnie: jeśli będę wiedzieć, że Ty tego chcesz. Ale nie wiem! Ale nie wiem do cholery! Może to w ogóle do niczego nie prowadzi. Może jestem stworzona żeby cierpieć - po prostu, ot tak. Ktoś musi. Nie wiem, nie wiem. Dlaczego mi to robi? Po co? Czemu nie może mi powiedzieć. Chociaż napomnieć, z to widzi, i wie co robi.

Pytam się Mu, czemu nie mogłam być zwyczajna? Wiem, że nie jestem zwyczajna. Jestem najbardziej niezwyczajną osobą jaką znam. I to wcale nie jest nic dobrego, miłego. To mój ból. To niemożliwe, żeby chociaż garstka ludzi, których napotykam czuła to, co ja czuję tak często. To nie jest normalne. Nie jestem normalna.

Nie jestem dobra. Nie byłam i nigdy nie będę. Nie licz Boże, że będę cudowna. Jestem tylko człowiekiem, tym beznadziejnym gatunkiem, którego tak nie lubię. Cierpienie nie zrobi mnie kimś lepszym. Być może dawno temu przez nie właśnie uwierzyłam w Ciebie. Ale teraz to może nie zadziałać. Tylko tak mówię, może nawet o tym nie pomyślałeś.

Wczoraj przepełniona emocjami, dziś już pamiętam tylko garstkę. To co tu opisałam, to tylko mniej głębokie przypomnienie sobie wczorajszych kłębów myśli. Lepiej już nie przeciągać tego. Dość napisałam.
Przeraża mnie to, że całe życie będę zastanawiała się, po co żyję. Że całe życie mogę przez to cierpieć. Dla takich osób jak ja, najgorszym co może spotkać ich w życiu, to brak spełnienia i bycie nikim. To wydaje się (nawet mi) kapryśne, wymagające czy nawet egoistyczne. Dlatego pisałam, że chciałabym być zwykła - mieć niewielkie aspiracje. Boję się, że moje - nie dość, że wygórowane, niemożliwe, sprawiające ból - są jeszcze złe. Tak, boję się, że moje marzenia są złe! Nie chcę ich, ale nie mogę nic zrobić. Są wryte od początku i na zawsze w moją egzystencję.  Boże! Czy naprawdę jestem tylko dla cierpienia!?

10 listopada 2012

Mój Step Nadziei.

Długo zastanawiałam się jak nazwać tego bloga. Szukałam jednego słowa, połączenia wszystkiego co wiąże się z człowiekiem i jego życiem. Jednak nie ma takiej możliwości. Nie da się związać w całość ducha i umysłu, emocji, pustki, chaosu, zamętu, bezmiaru, bezładu, nadziei, wiary, cierpienia, samotności, irracjonalizmu, realizmu, marzeń, strachu, rozumu, tęsknoty, fikcji i prawdy. Jedynym słowem, które potrafi to wyrazić jest: życie. Bo życie to nie tylko funkcje, które musi wykonywać nasz organizm, ale także wnętrze i światopogląd, marzenia i podejmowanie wyborów.
Nie mając możliwości zajęcia nazwy, którą posiadałam na innym blogu oraz w przez niemożność wybrania takiej, która opisuje to wszystko właśnie - postanowiłam stworzyć swoją krainę. 
Step, który jest symbolem bezmiaru, ogromu - tego wszystkiego. To także symbol spokoju i ciszy. To z kolei pociąga za sobą obraz duszy, medytacji, wiary i umysłu. To symbol samotności, pustki i tęsknoty - a więc i cierpienia, strachu, marzeń, irracjonalizmu, fikcji. To zatem miejsce kontemplacji - rozumu i realizmu, zamętu, i chaosu oraz emocji i bezładu. 
Jest i Nadzieja, którą wyznaje i uznaję za matkę. Która daje mi sił, umacnia w wierze, pozwala trwać, czekać i czuwać, oddychać i zwyczajnie funkcjonować. I jest moim drugim imieniem, to moje drugie Ja. To moja pocieszycielka i patronka. Nadzieja, która pozwala mi marzyć o rzeczach nierealnych...
Jestem Nierealistyczną.A oto mój Step Nadziei.