20 września 2013

złudzenia

Właściwie nie mam nic ciekawego do napisania. Moja więź z tym blogiem i ze mną jako Nierealistyczną gdzieś chyba przepadła. Minęło sporo czasu, a jak ja to mówię: nic nie trwa wiecznie. Wdaje mi się, że żyłam wieloma złudzeniami. 
Dwa dni temu załamałam się na chwilę i cierpiałam jak cholera. To chyba na prawdę nigdy nie minie. Załamałam się i to bardzo, tak bardzo, że po raz kolejny, ale bardzo szczerze miałam ochotę zejść z tego świata. To okropne kiedy komuś nie chce się żyć. Co to do cholery za życie, w którym nie chce się żyć!? Pomyślałam, że ten świat nie jest dla mnie. Z pewnością nie jest.

Widocznie oddaliłam się od Boga. Nie chcę mieć do nikogo żalu, a już na pewno nie do Niego. Ale coś mnie odepchnęło. I nie mam ochoty jakoś specjalnie wracać. Po prostu straciłam nadzieję, że cuda się zdarzają, że wystarczy wierzyć i proście a będzie wam dane i takie tam mało skuteczne rzeczy. I mimo iż jestem bardzo świadoma tego, że cierpienie należy znosić i wierzyć do końca, to nie potrafię. To przypadku wina, że mam biologicznie słabą psychikę, nic więcej.
A że los był nadzwyczaj rozbawiony, to do tego wyczarował mi strach przed bólem, straszliwą moralność i wiarę, że Bóg istnieje. No i muszę żyć. Co za los!

Wyprowadzam się w przyszłym tygodniu i już nie wierzę, że moje życie się zmieni, nabierze sensu, czy poznam prawdziwego przyjaciela. Przez lata nic się nie zmienia, to nie zmieni się i tym razem, ot tyle!

16 sierpnia 2013

life goes on

To zaskakujące jak życie potrafi obrócić nasze plany w pył. Tyle planowałam, planowałam od lat. Moja przyszłość będzie kompletnie inna, niż jak to sobie wyobrażałam, jak pragnęłam. Nigdy nie przypuszczałam, że rzeczywistość może się tak znacznie różnić od planów! Drastycznie, można powiedzieć. Żaden punkt nie jest taki sam. W głowie mi się nie mieści, jak to wszystko się potoczyło.

To okropne nie mieć kontroli nad swoim życiem. Tak właśnie się czuję. Nie jestem już dzieckiem, podejmuję własne decyzje. Niestety tak wiele jeszcze zależy od reszty świata - od otoczenia, innych ludzi. Kim musimy być, aby zapanować nad własnym losem?
Kimś ważnym z pewnością, z posadą, pieniędzmi. Kimś dojrzałym, kto ma już prawo czymś władać.

Życie się toczy. Inną drogą niż wybrałam, a jednak ciesze się, że po prostu biegnie dalej. I nie stoi w miejscu, trując mi psychiki. Coś zadrżało, osunęło się i ruszyło. Czy zmierza w dół, czy górę? Tego nie wiem. Moja planowana przyszłość miała zapewnić mi wyżyny. Wyżyny jako miejsce spełnienia życiowego - i tyle. Tego już chyba nie mogę się spodziewać, ale dobrych miejsc jest wiele. Może dotrę do któregoś z nich.

17 lipca 2013

nic i nie wiem. God has gone.

Chyba dopadł mnie kryzys wiary. Może nie do końca, bo wierzę...ale nie czuję. Nie mogę poczuć Boga. To nie stało się teraz, kiedy nic się nie układa. Zauważyłam to już jakiś czas temu. Kilka miesięcy? Rok? Nie pamiętam dokładnie. Ale wyraźnie poczułam, że mój kontakt z Bogiem się urwał. Czasami tylko jakby na chwilę zwrócił na mnie uwagę, na chwileczkę. I znów cisza. Żadnego przekazu, głucho.

Czuję się taka bezsilna. Nie dość, że samotna w życiu, to jeszcze w duchu. Nie wiem co zrobiłam źle. Próbowałam to odgadnąć, ale nie wiem. Oczywiście nie mam na myśli, że wszystko robiłam dobrze. Ale co mogło spowodować to milczenie? Na prawdę nie wiem. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie wiem!

W ogóle nie powinnam tego pisać. Chyba ostatnio sporo nabluźniłam. Wiem, że to była zła droga, ale kiedy ja na prawdę czuję się tak źle! Stoję przed pytaniem: co teraz, co zrobić ze swoim życiem? I pozostałam z tym wyborem sama. I nie mam odpowiedzi, nie umiem wybrać, nie potrafię! Bluźnię - też nic! Nic, nic, nic.

Nie wiem! Nic! Nie wiem! Nic!

13 lipca 2013

!!!

Ten blog istnieje już kawał czasu po to, aby udowodnić, że cuda się zdarzają i marzenia się spełniają. Wytrwałam tyle, by moc to napisać. Jednak dziś mocno w to wątpię. Chciałabym napisać, że tak wcale nie jest... Nie mogę jednak tego zrobić, być może tylko mi się nie udało.

Nic nie wyszło. Ludzie z uniwersytetu nie chcą ludzi takich jak ja - bez szkoły muzycznej, bez doświadczenia. Nie chcą mnie. Czuje się jak zmieszana z błotem, jak zrównana z ziemią i z wszystkimi głupcami. Czuje się jak największa idiotka świata!

Całe życie się starałam i czekałam na właśnie ten dzień. 19 lat pracy. Od lat przedszkolnych przez resztę szkół i wreszcie liceum - zawsze najlepsza, wśród najlepszych. Harowałam jak wół. Tyle lat nauki, tyle lat! Ja tak bardzo się starałam. 
Słowo studia brzmiało w moich uszach nieprzerwanie od dzieciństwa. Żałuję, tak bardzo żałuję. Tyle straconych godzin, tak wiele czasu. Bo przecież nauka była najważniejsza.

A kiedy nadszedł najważniejszy moment...

Jestem słaba. Wątły ze mnie człowiek - jak nie człowiek. Nie wiem jak zniosę to, że nie spełniłam się na żadnym szczeblu życiowym. Uciekałam przed tym całe życie. To wszystko było po to. Może dlatego to przytrafia się własnie mnie. Co to za życie!

9 lipca 2013

ukojenie

Nie do wiary. Na tym świecie nie ma osoby, która potrafi wysłuchać, zrozumieć. Może nie ma jej dla mnie. Może mnie nie da się słuchać. Wszyscy kłamią, wierzą w Boga i łżą.

Chciałabym nie żyć, albo gdzieś się zatracić, zniknąć, przepaść, nie widzieć niczego ani nikogo. Tak po prostu nie być. Pragnę tylko znaleźć ukojenie.

Potrzebuję kogoś, albo potrzebuję nie mieć kompletnie nikogo. Lecz chyba to pierwsze jest przyjemniejsze. Więc modle się o to.

20 czerwca 2013

Wspomnienie.

Postanowiłam napisać, bo od miesiąca tego nie robiłam. Ten drugi miesiąc (już drugi!) wakacji mija mi na wiecznym czekaniu. Czekam na wiele, czekam na wszystko, być albo nie być, na to co przyniesie mi życie.
Wkrótce wyniki matur, chwilę po tym egzaminy wstępne. Czuję się totalnie niepewnie. Teraz mogę tylko czekać. Czekam. Czekam!

PODSUMOWANIE

Naszło mnie na kolejne podsumowanie. Istnieję tu, w tajemniczym internetowym świecie jako Nierealistyczna od 27 stycznia 2010 roku! To już prawie 3 i pół roku!

Żałuję, że resetowałam mojego bloga nierealistyczna.blog.onet.pl chyba nawet dwa razy :( Teraz chciałabym poczytać o tej męce, którą próbowałam wtedy z siebie wyrzucić. Pamiętam tylko, że cholernie bolało. Pamiętam, że to był najgorszy okres w moim dotychczasowym życiu, w którym wszystko się zmieniło o 180 stopni. Pamiętam to Uświadomienie. Nie zapomnę iskrzącej Nadziei. I ten Ból.

To wszystko wygasło. Ale ciągle we mnie jest. Ciągnie się latami, to nigdy nie mija. Nie minie puki nie stanie się Cud. Wtedy wiele razy pisałam o tym Cudzie, na który czekałam. Tak, tak - nadal czekam! Wiem, że to może być zaskakujące, ale ja od lat nieustannie czekam na ten jeden wielki cud!

Hmm, próbuję sobie przypomnieć więcej. Pisałam o beznadziejności życia. Nierealne marzenia były głównym motywem. Pisałam o Bogu, bo wtedy uwierzyłam. Bolało mnie życie, myślałam, że nie udźwignę tego. To Uświadomienie, o którym wspominałam było okropnym ciosem, zobaczyłam zło. Nadzieja, która była wymieniana niemal na każdym kroku, wzmacniała mnie i odbierała chęć do życia zarazem. I wtedy i dziś największym moim problemem są jednak błędy w przeszłości. Wspomnienia na ten temat do dziś wywołują u mnie TAMTE uczucia - cierpienie i lament. Do dzisiaj!

(Właśnie czytam starego bloga.) Pierwszy post na tamtym blogu, tuż po ostatnim resecie to wspomnienie tych właśnie błędów. Opatrzone jest to jednak błahostką, jaką jest próba uczenia się mniej. To lipiec 2011- wakacje. Miałam przygotowywać się do egzaminów. Teraz znów to robię, bo już niedługo czeka mnie ten test.

Pamiętam doskonale ten post:
Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.Po raz kolejny pragnę podsumować ostatnie miesiące, ten czas, który minął od stycznia 2010 roku. Niektórzy już to wiedzą, że był to dla mnie czas niesamowicie trudny, być może najtrudniejszy w moim dotychczasowym życiu. Ten dawny ból był ponad moje siły.
To już przeszłość.Był to też czas najbardziej owocny w moim życiu! Czas dojrzewania emocjonalnego i duchowego. Okres Odrodzenia – najbardziej burzliwego czasu rozwoju.Nie żałuję niczego. Ani sekundy mojego cierpienia, ani dnia mojego istnienia. Dzięki temu co mnie spotkało zyskałam tak wiele, tyle się nauczyłam. Zyskałam nową – trwalszą i potężniejszą – siłę. Poznałam prawdziwą wiarę, zaczęłam dostrzegać Boga, a nadzieja stała się moją matką. I może jestem głupia, ale matkę tą kocham.„Nie porzucaj nadzieje(…)”Jeszcze pamiętam, jak myslałam, że z tego nie wyjdę. A teraz dobrze jest wiedzieć i poznać, że ból też czemuś służy, i że przyczynia się do umocnienia. Prawdą jest, że co cię nie zabije to cię wzmocni. Bez niego byłabym teraz kimś innym, kompletnie różną osobą. Nie wyobrażam sobie tego!Nie umiem pojąć tego, jak moje życie mogło by wyglądać bez tych najcięższych w nim chwil. Coś nie do opisania. To cierpienie stało się czymś najlepszym, co mogło mnie spotkać. Bo to co zyskałam jest prawdziwymskarbem.
Ból nie do zniesienia – (później) szczęściem nie do opisania.
To było wtedy takie prawdziwe. Z biegiem czasu okazało się jednak, że jestem słaba. Tak w ogóle, w życiu! Stałam się słabą osobą. Ludzie nie lubią słabych osób - ja też nie. Dlatego po części dziś nie akceptuję siebie.

Haha! Myślałam, że nauczę się grać na gitarze! Co za naiwność. Dziś gitary mam dwie, a grać na nich nie umiem. Nie mam zapału, ani zdolności manualnych :/. Daje sobie kolejne 5 lat :D. Wtedy wciąż zastanawiałam się nad tym, czego dziś już jestem pewna?! Dziwne :D

Tak, wspomniałam o Hitach na Czasie w Bydgoszczy. To już dwa lata. Trochę się zmieniło. Teraz numerem jeden jest Sunrise Avenue, którego już te dwa lata nie widziałam na moje oczy! Tęsknię.
I jakieś pełne chaosu i głupawkowego szaleństwa sprawozdanie z tego koncertu :D. Tęsknię.

Hahahaha! Z tego to już nie mogę. Jak ja się bałam języka polskiego! Tak pamiętam to jak dziś! Haha to było głupie i bezsensowne, bo babka - wtedy "babsztyl" - jest całkiem spoko, chociaż potrafiła mnie wkurzyć. Ale fakt, to była dopiero druga klasa, wtedy miałam stracha :D. Do niej trzeba było się po prostu przyzwyczaić. Teraz teksty typu "nic nie robisz" nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia, jej przeszywający wzrok i kilka jedynek z polskiego również, zresztą nie pozbawiły mnie 4 na koniec trzeciej lasy :D (co świadczy o tym, że babka jest na prawdę spoko!)

Pisałam, że mam jedną jedyną przyjaciółkę. Teraz już nie mam przyjaciół. Czy mi się wydaje, czy moje życie biegnie w coraz gorszym kierunku? Chociaż kumpela pozostała kumpelą. I to pozostało faktem, że się nie rozumiemy i pasje nas nie łączą. Dalej nie wierzę, że mam szansę na prawdziwą przyjaźń. Z czasem, kiedy nic się nie zmienia, trudno jest myśleć inaczej. Na zawsze sama.

Awwww! Wtedy po raz pierwszy przyznałam się, że tak na serio się zauroczyłam :D. Tym człowiekiem jestem zainteresowana do dziś, choć nie wdziałam go od roku i choć mocno mi przeszło. Od tego roku nie stroję choinki na święta. W ogóle ich nie czuję i nic nie robię :/

Tak, coroczna gadka o sylwestrze - jednak taka prawdziwa :). Hehe i te ciągnące się tajemnicze konteksty dotyczące pewnego gościa, który całe szczęście zniknął już z mojego życia. Oby na zawsze!

Wspomnienie osiemnastych urodzin. Faktycznie nic się nie zmieniło. Już mam 19 - jestem stara haha!

O Matko! -.- Jakie miłosne uniesienie -.- Muszę to napisać: żenada :D. Wcale nie jest najprzystojniejszy, a powiem nawet więcej: jest pustakiem.

Byłam wtedy taka pewna studiów. Do głowy by mi nie przyszło, że zawalę matury. Człowiek całe życie haruje, jest najlepszy, wszystko uchodzi mu na sucho, a tu, w najważniejszym momencie...traaach! Dupa. Co ze mną teraz będzie?

Haha ooo nie! "Czekam też na koncert. Jeszcze nie wiem jaki" Chciałam napisać, że już rok czekam, ale nie. Przecież był, był koncert The Rasmus przecież. Ale nie doczekałam się koncertu Sunrise Avenue. Już dwa lata. Jak dobrze pójdzie to może zorganizują w wakacje 2014 roku. Poważnie mówię! To będzie trasa po wydaniu nowej płyty. Także ten rok też zakończy się na marzeniach. Wpadnę w obłęd! :D 
Kolejne wypominanie błędów przeszłości...

Ostatni post o końcu wakacji i o dalszym strachu przed szkołą = samotnością. Haha planowałam wyjechać do Anglii. Fakt, to były całkiem realne plany, ale jak to w życiu bywa zrezygnowałam z nich na rzecz obijania się całe wakacje. Byłam tak szczęśliwa, że to ostatnia klasa, że tylko osiem miesięcy. Zleciało. Dalej cieszę się, że liceum już za mną. Jednak wizja wolności i samodzielności już mną tak nie miota. Ciesze się oczywiście, jednak w ostatnim momencie stałam się bardziej wyrozumiała dla moich rodziców, którzy z tego powodu nie są specjalnie szczęśliwi. Którzy musieli mnie wysłuchiwać, że "w końcu", że "sama", że "nie liczcie na częste odwiedziny" itp. Niech im będzie. Będę ich odwiedzać i dzwonić :D

Koniec.
Trochę się zmieniło, dużo wcale. Reszta jest już rzeczą znaną.

19 maja 2013

Po wszystkim

Już prawie po wszystkim. W środę ostatnia matura i prawdziwe wakacje rozpoczęte! Niesamowite, patrzę się na olbrzymi stos podręczników i zeszytów szkolnych, które towarzyszą mi nieprzerwanie od jakichś 14 lat i myślę, że już nigdy więcej! Koniec targania torby, zadań domowych, podręczników, ośmiu godzin w szkole. 
Oczywiście wszystko to nastanie jeśli dostanę się gdzieś na studia. Moje szanse zmalały po niezadawalających mnie maturach. Rozmyślam więc nagle (jakbym wcześniej nie dopuszczała tego do świadomości) nad innymi wyjściami...i wyjść nie widzę. Nie mam pojęcia co zrobię, czuję, że zawaliłam (życie?) i wkurza mnie to. Mogłam być lepsza, mogłam tego dokonać, mogłam sobie ułatwić do maksimum. Jednak nie, zawaliłam. Na razie nie chcę o tym myśleć. Ale przecież już zaraz muszę brać udział w rekrutacji! Hmm?

Już za chwilę wesela brata (czyt. za paręnaście dni). Dostałam rolę świadka :D i nie mogę znaleź butów do sukienki! Chociaż w tej chwili malo mnie to obchodzi. Pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pojdę booooso. :D
Bardziej interesują mnie buty do biegania, które też nie jest łatwo znaleźć w stacjonarnych sklepach, nawet tych sportowych. Przez internet lepiej nie ryzykować, bo większość z nich sprzedaje podróby. Jednak jeśli nic nie pozostanie, wybiorę i tę drogę, ale przed tym sprawdzę co i jak. Po maturach biorę się za siebie! Nareszcie, sport to moja druga po muzyce pasja, z którą zerwałam kilka lat temu. I bardzo do niej tęsknię! W końcu się wyżyję i zrelaksuję.

4 maja 2013

natłok

Wariuję, wiem. Plotę głupoty, tak. Wszystko to prawda i nie wiem co się ze mną działo, co się ze mną wciąż poczyna. Wyobraźnia wodzi mnie za sobą wysoko ponad ziemską rzeczywistość. Oszaleję. Trudno mi się czasem skupić, patrzę, a nie widzę, bo mnie nie ma. Po prostu odlatuję. Szkoda, że właśnie teraz, bo konieczna jest dla mnie koncentracja.

Czekam z niecierpliwością na 23 maja. Koniec nauki, koniec. Teoretycznie mam wakacje, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Czuję się jak gdybym miała trochę wolnego i wykorzystywała ten czas, by nauczyć się na sprawdzian. Jakby to dalej był rok szkolny. Niestety sprawdzian ten jest niesamowicie ważny. Boje się koszmarnie i czuję, że nic nie umiem. A przecież to tak ważne! Boje się, boje się, boje się!

Czekam. To dziwne, ale nie dlatego, że mam dość nauki. Wręcz wcale mi nie przeszkadza, nie znudziła mi się i wciąż mam na nią siły. Można sobie uświadomić, że problemem młodego obywatela nie jest samo zdobywanie wiedzy tylko ta głupia instytucja, którą jest szkoła. Czekam, czekam na czas, w którym będę mogła nareszcie w pełni ponieść się wyobraźni, zmęczeniu i radości z wakacji!

Mam po cichu nadzieję, że moja wyobraźnia w końcu ożyła. Nie chcę jednak wyciągać pochopnych wniosków i robić sobie nadziei. Od lat czekam na przypływ jakiegoś natchnienia - bez powodzenia. Potrzebuję poczuć się w czymś dobrą. Potrzebuję spełnienia, którego nie dostrzegam od siebie od bardzo dawna. Potrzebuję zajęcia innego niż te powodujące stres (jakim jest nauka oczywiście). Pragnę wolności, która znów zaczęła mnie pociągać.

W tym miesiącem żyje strachem i nieustannym pokonywaniem przypływów nadmiaru myśli.


1 maja 2013

???

Literatura źle na mnie wpływa. Przygotowując się do matury poprzez wielogodzinne czytanie i analizy, zaczynam zbytnio zagłębiać się w ich sens. Dostrzegam w bohaterach, postawach, ideach znacznie więcej niż wcześniej. Zmienia się moja koncepcja siebie, gdyż czasem zdaje mi się, że widzę podobieństwa do mnie. Obłąkanie, skomplikowane życie wewnętrzne, ból, samotność i wiele innych bardziej pokręconych i głębszych rzeczy. Czasami rodzi się we mnie chęć odnalezienia w sobie siły twórczej i wielkiej improwizacji. Nieśmiało dopatruję w sobie nowoczesnego odbicia wielkich bohaterów literatury. Boję się przy tym oskarżeń o zadufanie w sobie. Nie tyle innych - raczej Boga i swoich. Problem jest taki, że nie potrafię tworzyć. Nie wiem czy w ogóle jeszcze coś potrafię. Wypaliłam się dawno temu, mimo, że nikim nie zdążyłam się stać.

Możliwe, że się okłamuję. Oszukiwanie samego siebie jest bzdurą. I nie wiem czy mogłabym się tego dopuścić. Myślałam nad tym. Nawet jeśli się przyznałam, że trochę zakrzywiam swoje światopoglądy, nie do końca w to wierzę. Nie potrafię już nawet stwierdzić, czy moje zdanie jest prawdziwe czy zakłamane. Po prostu nie wiem. Czy jestem romantyczką? Przyrzekałam, że nie. Ale może nie chciałam nią być. Powiedzmy, że nie chciałam. Bo myślę o romantycznych scenariuszach. Romantyczność mnie porusza, zwłaszcza taka szaleńcza. Ale nie potrafię wyobrazić jej sobie w moim realnym życiu. Widzę ją w wybujałych marzeniach. Ale, o tak, jest dla mnie głupia i nie wzbudza chęci poznania. Nie wiem już czy jestem romantyczką. Raczej realistką. Może to budzi moje uprzedzenie przed wymarzoną romantycznością w realnym życiu. Może lubię ją jako towarzyszkę wyobraźni.

Jeżeli okłamuję siebie, to muszę mieć jakieś powody. Jeśli powody - to bycie bardziej interesującą, fajniejszą jak by to można ująć. Nie ujawniam aż tak skrytych poglądów (zakłamanych), więc nie wydaję się fajniejszą. A skoro nie, to dlaczego siebie okłamuję? Mam być fajniejsza jedynie dla siebie? Dla mojej wyobraźni, która może w ten sposób kreować mój fajniejszy obraz? Tak, to oznacza, że żyje w świecie fantazji. Że tam siebie kreuję. Tylko dlaczego nie mogę przelać tego do rzeczywistości!?

Mniejsza o to.


Przyznaję - chciałam zmian. Planowałam przemianę siebie, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. To wciąż jest moim przewodnim celem, ale...No właśnie - ale?
Rozmyślam nad sobą. O tym jaka jestem dziwna, jak wpasowuję się w typowy (aż nadto) szkielet artysty romantycznego - i nie wiem co ze sobą zrobić. Czy spróbować się zmienić? Czy może...Po raz pierwszy po mojej głowie przebrnęły myśli, o tym aby wprost przeciwnie brnąć w swojej chaotycznej i niepojętej psychice. Może czas w końcu zerwać z próbowaniem (i tak słabo wychodzącym) zawiązywania jakiejkolwiek więzi społecznej? Jakiejkolwek więzi s p o ł e c z n e j! Może rozstać się ze społeczeństwem i pogrążyć się już beznamiętnie w wyobraźni, samotności, romantyczności, świecie niesamowicie pieknej jak z powieści natury? Chodzić po świecie, rozkoszować się wiatrem, słońcem, muzyką, światem filmu i mistyki? Spacerować po mieście, milczeć, obserwować ludzi, słuchać rozmów? Grać rolę fantastycznej kobiety, artystki, zachwyconej ulotnością i tym co nienamacalne! Jak z najpiękniejszych piosenek, obrazujących przecież tak niesamowity, wyimaginowany świat!

24 kwietnia 2013

Obłęd?

Co ja robię? Przypomniałam sobie kilkadziesiąt minut temu Cierpienia młodego Wertera, i mimo, że nie wierzę w takie uczucia moja empatia sprawia, że jestem tak smutna! Co ja robię? Jestem jak ten pieprzony Werter. Tyle, że nie kocham. Wpędzam się w głupie, sztuczne obsesje! Tak mam do tego skłonności.
Ostatnio tylko marzę, śnię, myślę, wymyślam. Błądzę gdzieś, już nie w realnym świecie, ale gdzieś daleko. Sama nie wiem gdzie. Czy to już marzenia, czy chora obsesja, nierealny świat, który i mnie doprowadzi do destrukcji. Sama się w nią wpędzam. Nie mogę przestać, bo tęsknię do niej. Bo nudzi mnie rzeczywistość, moje beznadziejne życie. 

Żyję wymyślonym życiem. Jak jakiś "no-life", jak wariatka. Proszę Boga, aby coś z tym zrobił, ale co? Żartuję (chyba), że w przyszłości trafię do szpitala psychiatrycznego, albo popełnię samobójstwo. Mówię przez śmiech, bo nawet nie mam odwagi o tym poważnie myśleć. A co w mojej duszy się kryje tak na prawdę? Może to nie dowcip. Może to ukryte, niepewne, wstydliwe pragnienie, bojące się potępienia.

Krzyknę, uspokoję się. Znów krzyknę. Wystarczy jedna krótka myśl. Sekundowy przebłysk i szaleję przez tę sekundę. Tak krótko, a jednak szaleję. Co się ze mną stanie. Przecież to śmieszne! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Znów te myśli.

Obłęd. Niby tak odległy stan psychiczny, przynależny do wariatów, tak zwanych psycholi. Jednak tak pociągający i uzależniający! Sztuczny twór. Na początku - zabawa? urozmaicanie nudnej chwili? przyzwyczajenie już potem. Czy ja już wpadam w ten wir?

chaos! chaos! chaos!





edit:
A może ja sobie wmawiam, że wpadam w obsesję! I w nią rzeczywiście wpadam, przez to, że okłamuję siebie, że wpadam... -.-

29 marca 2013

Nareszcie święta. Trochę odpocznę. Czeka mnie napięty miesiąc, pełen nauki i nerwów. Tyle na niego czekałam. A za miesiąc wakacje. Teoretycznie, bo matura nie da nam spać :D

To jednak nie takie łatwe wziąć się do pracy. Czas ucieka szybciej i szybciej, a ty nie wiesz w co masz ręce wsadzić. Zazwyczaj jest zupełnie inaczej. Myślisz, że nic nie wiesz, bo się nie uczysz. A potem okazuje się, że nawet jeśli uczysz się cały dzień, to niewiele zdążysz się rzeczywiście nauczyć. Pozostało niewiele ponad 30 dni. Trzydzieści krótkich dni.


Zmieniłam e-mail, na który się tu loguję, więc mogą być zauważalne jakieś tam zmiany. A może nie.

10 marca 2013

Już za chwilę matura.

Za jakiś miesiąc i dwa tygodnie wakacje! Jaahuuuu! Potem maturka i wolność następnie! Co za wspaniałe uczucie. Naukę czas zacząć :D. Ostatnio miałam dość przygnębiony nastrój, ale po co się dołować, skoro już niedługo czekają mnie tak piękne dni? No nie ma po co, więc odpuściłam. Byle się do matury przygotować.

W mojej głowie już szykują się różne plany. Chociaż jeszcze daleko, w myślach mam nowe mieszkanko, tylko dla mnie! Nowe otoczenie, nowi nieznani ludzie - nowa ja! Życie studenckie, przereklamowane zapewne jak cały ten świat.

Szczerze jednak, im bliżej do tego wszystkiego, tym mniej zwracam na to uwagę. Bardziej skupiam się na teraźniejszości. Wydaje mi się to dziwnym. Być może w podświadomości jest już zakodowane, że to nie ucieknie i należy już tylko czekać na to cierpliwie. O tak!

Co do matury, to chwyciła już wszystkich "schizka". Mamy małe problemy z nauczycielami. Choć to raczej oni mają problem ze sobą. Nie rozumiemy, jak nauczyciel może się obrazić dwa miesiące przed maturą!? Katuje nas obojętnością, bylejakością, brakiem dobrego wykładu materiału, kartkówkami i jedynkami. I szczerze mówiąc - to nas nie motywuje, a wprost przeciwnie - każdy ma zlewkę i nie uczy się już wcale (z j. polskiego!). Zła taktyka, oj zła.
Z matematyki również ciska się w nas kartkówkami, ale w taki sposób, który na nas działa korzystnie (w pewnym sensie, nie licząc jedynek z tych oto kartkówek). No, ciężko jest, ale brawo, brawo! Przynajmniej jeśli chodzi o mnie - nauczyłam się!

No to czekamy.

28 lutego 2013

Porażka

Mam dziś doła. Od pewnego czasu jestem słaba, zmęczona, bez energii. Kompletnie wypompowana, jakby ktoś wyssał ze mnie wszystko co miałam jeszcze jakiś czas temu i co owocowało. Wykończona psychicznie i fizycznie. Nie mam na nic siły, nie mam chęci, nie mam czasu. A to daje porażkę na całej linii.

Nauczyciele zaczęli się mnie czepiać. Trudno się dziwić skoro średnio trzy razy w tygodniu przysypiam! A ze wspaniałych ocen na półrocze (chyba moich najlepszych w liceum), zrobiły się same jedynki i dwóje. A ja nie potrafię wyjaśnić mojej niemocy. Nie wiem co się dzieje. Nic mi nie wychodzi. Oni muszą mnie dobijać. Myślą pewnie, że odpuściłam, nawet dzś się dowiedziałam, że "nic nie robię". A ja wiem, że to nie tak.

Zostały już tylko dwa mniesiące do wakacji. I jeszcze kilka dni więcej do matury. Już nic nie zmienię. Zakończę edukację szkolną z najgorszą średnią w życiu, z pretensjami nauczycieli i osobistą porażką. Liczyłan na zupełnie coś innego. Ale chwila - i wszystko się zmieniło. Nie zapanowałam nad tym. Nie przewidziałam tego. Teraz chociaż niewiem jakbym się starała - jest za późno. A i tak starać się nie mogę, bo nie mam na to sił.

20 lutego 2013

Wczoraj nieuchronnie minął ostatni dzień, w którym mogłam powiedzieć o sobie: osiemnastolatka. Przyznam się, że teraz nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia. Jednak trzy miesiące temu nie mogłam się z tym pogodzić :D. Wydaje się, że osiemnastka przyjdzie i już nigdy nie pójdzie. Najpierw na nią czekasz, a później nie myślisz co dalej. Nagle uświadamiasz sobie, że to na co czekałeś wkrótce mija, że czas gna, że teraz już nie dorastasz. Że teraz życie będzie oczekiwało od ciebie innego zachowania, decyzji, myślenia. A za parę lat przyjdzie czas, w którym będziesz z niepewnością oglądać swój proces starzenia. Już nie jesteś osiemnastką! A przecież nie zaznałam tego, o czym myślałam, ze zaznam przez ten rok! Nikt nie zaznał, bo pierwszy rok dorosłości jest przereklamowany.
 
Czy przez ten rok zaszły jakieś zmiany? Jakieś spostrzeżenia? Wydarzenia?
 
Tak na prawdę w życiu każdego z nas nic konkretnego, co by można było przepisać pełnoletniości nie wydarzyło się. Ja zyskałam jedynie prawo jazdy i możliwość picia alkoholu legalnie. Oprócz tego stan sprzed lat trwa. Brak przyjaźni, samotność, zmienny nastrój, nauka. Totalnie nic.
Kojarzę tylko jeszcze, że byłam na cudownym  koncercie The Rasmus. W tym też czasie zrozumiałam, że moja przyjaźń się zakończyła, i że przyjaźni mi brakuje.
 
Obecnie nie mam marzeń na teraz. Dziwne - skończyły się. Brak mi sił, jestem wykończona szkołą. Ostatnio każdego dnia padam ze zmęczenia i nie jestem wstanie się wyrobić z nauką, obowiązkami. Im mniej czasu do matury - a zatem do następującej po niej mojej upragnionej wolności i swawoli - tym ten czas wydaje się być dłuższym. Tak bardzo nie mogę się doczekać.
 
Boje się, że moje pragnienie samodzielności sprawi, że stanę się jeszcze bardziej samotna i zamknięta. Przecież wtedy nikt i nic nie zmusza cię do przebywania z jednymi ludźmi (jak szkoła, klasa). Boje się, że będę żałować, tego o czym od dawna marzyłam.
 

14 lutego 2013

Kryzys zażegnany. Ha! Znowu! Nieustannie walczę ze sobą. Wariactwo i szaleństwo przeplatają się może nie ze szczęściem - ale z najzwyklejszą moją obojętnością. Moje wnętrze jest potargane, zmienia się jak nieobliczalna natura. Nie nadążam za sobą. Może to kolejny powód dlaczego nikt mnie nie zna. Sama siebie nie rozumiem i biegnę, biegnę, biegnę. Gonię za sobą jak za szczęściem. Dlatego go nie mam.
Być może to kwestia hormonów. Mam za mało czegoś tam i to dlatego stałam się tak depresyjna, chociaż nigdy wcześniej bym się o to nie podejrzewała. To nie jest jeszcze pewne, ale mam zamiar sprawdzić swoje podejrzenia. Oczywiście depresyjność to jeden z wielu niepokojących dolegliwości. Podjęłam decyzję natychmiastowo, dlatego że panicznie boję się pobierania krwi. Czas w końcu to zrobić. Aj.
 
Nigdy się nie zmienię. Przestałam w to wierzyć. Na zawsze zamknięta, uśpiona, samotna.
 
 

6 lutego 2013

Czekając na koniec.

Po miesiącu dobra energia przestała wokół mnie istnieć. Cała radość ze mnie uszła, to wszystko co sama w siebie wpompowałam chyba siłą poprzez po prostu dobre nastawienie. To za słabe oddziaływanie. Dobre, ale zbyt kruche. Znowu wróciła ta druga pozbawiona życia osoba. Może nawet bardziej osamotniona, depresyjna, melancholijna, bezsilna. Której nawet nie chce się już żyć.
 
To od czego się zaczęło jest już teraz nieważne. Ale sprawiło, to co złe. Na weselu pojawi się osoba, której nie znoszę, nienawidzę, brzydzę się! Mój brat ją zaprasza. Moja kompromitacja. Mój wstyd. Moje obrzydzenie.
Nie mogąc uwierzyć w to, co ma nastąpić wpadłam w rozpacz i złość. Stawiłam nawet ultimatum: albo ona, albo ja. Rodzice wiedzieli co to dla mnie znaczy, a mimo to nie chcieli wybierać. Wściekła, nie rozumiejąc tego, udałam się do brata. Nie pytał o wiele, zgodził się. Mama rozpłakała się na myśl o przykrości jaką prawdopodobnie mu sprawiłam. Wiem. Przecież było mi głupio. Ale co ze mną!? Musiałam przecież podjąć jakiś krok!
 
Wcale nie jest mi lepiej. Nie jest mi też gorzej. Jednak wybierając: cierpienie z powodu tej osoby czy cierpienie spowodowane wyrzutami sumienia - wybieram to pierwsze. A to znaczy, że wszystko muszę odkręcić. Nie dbam o to, to bzdury. We mnie pękła kolejna tama, rozlewając ból i fale samotności po psychice, która ledwo to znosi.
Cokolwiek bym nie zrobiła, będzie złe. Wszystko prowadzi zatem do jednego wyjścia: pójdziemy obie i to ja(!) będę cierpieć. Jak zwykle daję za wygraną! Jak zwykle biorę wszystko na własne barki! Będę udawać, że jest w porządku, będę wszystko znosić, ukrywać, kłamać. Jak zwykle nieszczęśliwa. I tradycyjnie nikt nie będzie brał mnie na poważnie. Nikt nie pomoże. Nikt nie da wsparcia. Nikt we mnie nie uwierzy. Smarkula! Wymysły, zachcianki, fochy! Nie, nie, nie!
 
Nie umiem się zabić, nie potrafię chociażby prosić o śmierć. Nawet tego nie potrafię dla siebie zrobić.
 
Mam tylko Boga. A jednak zastanawiam się, czy nie byłoby mi łatwiej bez Niego. Pytam się dlaczego moje życie składa się jedynie z cierpienia. Czemu nie doznaję szczęścia w pełni, dlaczego zawsze jest jakiś problem. Dlaczego mimo, że mam wiele wad i zła w sobie, nie mogę znieść wyrzutów i przegrywam. Dlaczego dbam o ich dobre samopoczucie jednocześnie niszcząc swoje. Dlaczego mając do nich żal, pozwalam go pogłębiać.
Mam tylko Boga. Ani jednej osoby. Ani jednej. Jaki sens ma takie życie? To nie życie dla człowieka. To zbyt okrutne. To nie życie dla jakiejkolwiek innej istoty. To martwe życie. Czekanie na śmierć. Czekanie na śmierć to nie życie. Co to więc jest?
 
 

3 lutego 2013

Wesele?

Po studniówce. Tak jak myślałam - nie żałuję. Obejrzałam już trochę zdjęć wstawionych na Facebooka. Tak jak obiecałam skomentowałam je 'puściutkimi' tekstami :D żeby było zabawnie. Jak widać los jest łaskaw i będę mogła to odrobić.
 
Na początku była złość na mojego szczeniackiego brata, kiedy mama oznajmiła mi, że będę ciocią. Tak, nie wiadomo czy się śmieć czy płakać. Oczywiście zawsze szukam dobrych stron, więc wymyśliłam: może nareszcie brat zmądrzeje, wesele no i...w końcu będę ciocią.
Kiedyś myślałam: jakby to było miło gdybym miała bratanka niewiele młodszego ode mnie. Nie będzie o tyle młodszy, jak sobie marzyłam (chciałam być młodą ciocią :D) - ale zawsze młodszy niż się spodziewałam w rzeczywistości. Licząc mniej więcej - jak będzie nastolatkiem, ja będę trzydziestoparoletnią kobietą. Stara? Nie stara? Powiedzmy, że może być.
 
Dopiero początek, a ja już rozmyślam o dalekiej przyszłości haha. To zabawne. Nie sądziłam, że to mi się tak spodoba. Byle nie wchodziło mi w drogę. Rodzice mają jeszcze mnie na utrzymaniu, to mnie mają wychowywać. Idę na studia. Mam nadzieję, że pamiętają. Najważniejsze jest jednak to, że mama się pogodziła. Musiałam z nią długo rozmawiać, by pokazać jej dobre strony i pomóc jej we wzięciu tego na większym luzie i bardziej nowocześnie. Tylko ona jak zwykle się okrutnie dąsała, a jak przypuszczałam - reszta rodziny jest zachwycona.
 
Luźny post, luźna sprawa.

26 stycznia 2013

Gitarowy start.

Pierwsza lekcja gry na gitarze, nie licząc moich marnych starań. Uczyłam się dziś brzdąkać na gitarze klasycznej i po powrocie okazało się, że mój akustyk jest dla mnie zbyt udręczający (przez struny oczywiście). To dlatego moje próby wychodziły mi kiepsko. I kończyłam je po zaledwie paru minutach. To nie na moje palce. Z tej więc okazji zakupiłam przed chwilą kolejną gitarę - tym razem klasyczną. Na początek muszę pogodzić się z nieco mniej odpowiadającym mi brzmieniem. Moje biedne palce nie dadzą rady inaczej!
 
Podobno jak na pierwszy raz idzie mi bardzo dobrze, ale jestem nastawiona sceptycznie. Widząc jak gra ktoś, kto grać umie, zastanawiam się, jak to możliwe nauczyć się tej sztuki! To musi wymagać na prawdę wielkiego poświęcenia! Boje się, że nie podołam, że odpuszczę, albo że nie znajdę czasu. Przecież teraz, przed maturą mam sporo (żeby tylko!) na głowie. Tak marzę, żeby świetnie grać! Lecz obawiam się wysiłku, jaki powinnam w to włożyć, aby tak było.
 
Palce bolą. To najmniejszy problem. Zresztą jestem zadowolona z czasu, przez jaki udało mi się grać. Na akustyku skończyłabym z podobnym bólem (a nawet większym) po pięciu minutach. A już chciałam rzucać się na elektryczną. Może dobrze wyszło, jak wyszło. Muszę zaczynać wolniej niż inni. Cóż, dotąd jedynym wysiłkiem dla moich palców było przewracanie kartek książek. Po obraniu dwóch ziemniaków wyskakiwały mi pęcherze -.- Tak, sierota ze mnie.
 

18 stycznia 2013

Zwyczaje i przekonania.

Nie jestem osobą rodzinną, nie lubię ludzi, jestem typem samotnika. To chyba wyjaśnia, że nie przywiązuję się do osób, miejsc, rzeczy. Nie jestem sentymentalna. Tradycje mnie nie przekonują. Nie lubię zwyczajów Bożego Narodzenia, Kolędy, Wielkanocy, ani jakichkolwiek innych, związanych ze wspólnym posiłkiem przy stole, okazywaniem sobie pseudo-miłości, wypowiadaniem życzeń, które i tak się nie spełniają czy po prostu bezsensownych, jak czerwone podwiązki na studniówce - na którą się nie wybieram z wiadomych względów, którymi blog ten jest przepełniony.
 
Dzięki niepohamowanym językom moich rodziców, prawdopodobnie już wszyscy będą wiedzieć, że nie wybieram się na bal maturzystów. Wystarczyło mi, że większość osób z mojej klasy utwierdzi się w zdaniu, że jestem dziwaczką i outsiderem. W rzeczy samej, dałam im tym mocny dowód.
Powodów jest wiele. Imprezowanie, balowanie czy tańczenie nie leżą w mojej naturze, bo najzwyczajniej mnie nie bawią. Nie trudno być samotnikiem, kiedy interesują cię inne rozrywki niż sto procent otaczających cię ludzi. Studniówka mnie nie jara. Przynajmniej pod wieloma względami, bo są też inne strony...
 
Tak, jest część mnie, która chciałaby iść na tę imprezę. Jednak nie w tym życiu. Jestem - mimo, że dziwaczką - jestem dziewczyną. Dziewczyną, która jak każda inna dziewczyna, ma ochotę na taką okazję, która pozwoli jej zaprezentować siebie z jak najlepszej strony. Bo studniówka to właśnie największa na to okazja! Dlatego tak przyciąga wszystkich. Miło tak porwać się w towarzyszący jej wir przygotowań. Szukać odpowiedniej sukienki, butów, torebki. Pójść do fryzjera, makijażystki, manikiurzysty. Poszłabym w innym życiu.
To noc, podczas której powinno się świetnie bawić, wśród miłych ludzi, wśród bliskich ci osób, z partnerem, który jest dla ciebie ważny. W moim przypadku żaden punkt nie w chodzi w grę. Sprawa jest jasna. Nie będę żałować, że nie byłam na studniówce (jak twierdzą). Będę żałować, że życie ułożyło się tak, że nie mogłam tam być.

14 stycznia 2013

Ironia.

Mój kolejny post miał być o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z losem oczywiście. Z życiem i tym prostym byciem - moim bezsensem. Jednak się nie zdecydowałam, ale muszę napisać o tym teraz.
 
Kilka dni temu, coś się stało. Nie wiem co dokładnie, ale uspokoiłam się wewnętrznie, ochłonęłam, wyluzowałam. Być może zobaczyłam, że wszystko stoi na przeszkodzie, że cała masa rzeczy idzie nie tak, pod wiatr, piasek sypie się w oczy. I...przestałam walczyć i rwać się jak opętana. Zapragnęłam normalnego, statecznego życia. Bez udziwnień, bez nierealnych snów. I stało się jasne. Czyżbym wreszcie się pogodziła? Z zaprzepaszczonymi szansami, uzdolnieniami, z utraconym przyszłym życiem? Chyba nareszcie tak.
Doszło do mnie, że już nie chcę walczyć, wymyślać. Że godzę się na pozostanie nikim, na bycie bez jakichkolwiek wyćwiczonych umiejętności, o których marzyłam od dziecka, na studia w Polsce, po których nie zostanę osobą, czy pracownikiem jakim chciałabym być. I jakoś to będzie.
 
Zazwyczaj coś jest ostateczne, jeśli wyznaję to przed Bogiem. I tym razem miało to miejsce wczoraj w kościele. Takie ostateczne zaakceptowanie kolei rzeczy. Jak zwykle, oczy niemal zachodziły mi łzami. Ale pogodziłam się i wcale nie było mi ciężko. Może nawet lżej. Może nawet uśmiechałam się do siebie. Może nawet chciałam przyjąć to, co będzie. I może nawet zmniejszył się mój żal do rodziców, że nie znają moich marzeń i nie obchodzą ich moje uzdolnienia - że mnie nie znają.

Myślałam, że na to właśnie czekałam, że o to chodziło. Tylko, że nagle ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu mama nagle przypomniała sobie o mojej pasji do muzyki i pragnieniu grania na gitarze (po niemal 19 latach! Brawo!). A także wymyśliła, że syn jej znajomego jest muzykiem i wraca w marcu z Ameryki. To ci dopiero dowcip! Ale nie, nie dowcip. Poważnie stwierdziła, że mógłby mnie nauczyć grać. Jak się okazało później - nie muszę czekać do marca, bo i ten znajomy potrafi grać i z chęcią da mi parę lekcji.
Nie ukryję tego, że ucieszyłam się niesamowicie. Z drugiej strony te myśli: dlaczego właśnie teraz, kiedy wszystko sobie pozamiatałam w głowie? Podchodzę więc do tego sceptycznie. Oczywiście postaram się wykorzystać tę okazję jak tylko będę umiała. Ale co będzie - czas pokaże.

Au revoir.

9 stycznia 2013

Days

Czas jakoś leci. Nic ostatnio ciekawego się nie wydarzyło. No może jedynie impreza w małym gronie w ostatni weekend, na którym przesadziłam z alkoholem i do dziś mam jakiś problem z żołądkiem. Moja wina, głupia wina. Ale tak zawsze jakoś wychodzi. Muszę się doprowadzić do porządku, jakoś zorganizować sobie inaczej posiłki może. Inaczej zwariuję.
 
Jeżeli chodzi o mój nastrój - od początku roku, od kiedy napisałam ostatnio - utrzymuje się w całkiem dobrym stanie. Jestem z tego zadowolona. W dalszym ciągu nie myślę non stop o moich problemach i zahamowuje swoje fantazje. Zauważyłam, że przechodzą mi co niektóre natrętne marzenia (a może raczej pragnienia). Kładę się spać i po prostu zasypiam. To olbrzymia różnica, zważając na to, że wcześniej zamiast zapadać w sen - myślałam, myślałam, marzyłam...
 
Nadal mam w sobie lepszą energię, taką mniej pesymistyczną, mniej ospałą. Ale czy to rzeczywiście coś zmienia wokół mnie? Mnie na pewno. Ale moje otoczenie pozostało obojętne. Jednak nie przejmuje się tym na razie, bo już niedługo opuszczam to paskudne miejsce i tych jeszcze gorszych ludzi. Chociaż w każdym innym miejscu spotkam tak samo fałszywych, złych, zdolnych do wszystkiego, i którym nie da się ufać. Tacy są ludzie. Gatunek przeklęty.
 

2 stycznia 2013

Energia.

Coś się zmieniło. Nowy rok dał mi nadzieję. W tej chwili jestem naładowana pozytywnym myśleniem, siłą i spokojem. Jak to się stało?

Przyczyny często bywają śmieszne lub nawet głupie. Nieważne jakie są - ważne jak działają. Wczoraj przypadkowo trafiłam na dokument w TVN24. Nie pamiętam jak się nazywał, ale pamiętam o czym był - o energii. Nie takiej typowo elektrycznej czy biologicznej, ale takiej która łączy w sobie wszystkie. Łączy tematy, które od zawsze mnie fascynowały: podświadomości, wyobraźni, empatii, metafizyki i duchowości, zmysłów mentalnych, psychometrii i intuicji - czyli energetycznego pola ciała człowieka! Był to bardzo wciągający wątek, który przypomniał mi, że świat materialny to nie wszystko. I że przecież wierzę w moc podświadomości i wyobraźni. W istnienie energii, która otacza każdego człowieka, która u każdego jest wyjątkowa oraz pozostawia swoje ślady w otoczeniu i przejmuje je z zewnątrz. Wierzę w uzdrawiającą moc jej czystej postaci. Nie raz doświadczyłam jej istnienia. Każdy z nas jej doświadcza, ale mało kto potrafi to dostrzec, ponieważ najczęściej nie wie po prostu, że coś takiego istnieje.

Nagle zaczęłam nie myśleć o tym co złe, przestałam błądzić w złudnych myślach i marzeniach mojej głowy. Wzrósł poziom mojej wiary i pewności w sens tego wszystkiego. Oczyściłam się starym sposobem i...było mi dobrze. Chciało mi się śpiewać i cieszyć z przypływu dobrej energii. Grunt to pozytywne myślenie. Jeśli ja mogę z ogromnego cierpienia (które towarzyszyło mi z rana) przejść właściwie nagle do naprawdę pozytywnych wrażeń - to każdy może! Jedynym problemem jest znalezienie czegoś, co nas do tego popchnie. Niewiele osób przejmuje się tematami mentalności czy podświadomości, a tym bardziej nie każdy w to wierzy. Dlatego warto się tym zainteresować, bo człowiek po takiej dawce fascynujących informacji ożywa. I warto w to uwierzyć! Na mnie to działa!

A teraz po tym dziwnym wywodzie trochę więcej racjonalizmu. Nasze myślenie potrafi niewiarygodnie zmienić nasze doznania. Trudno zapanować nad myślami. Ale przecież jeszcze trudniej w nich marnieć. Czy tak naprawdę bez duchowości można walczyć z bólem życia? Wszystko leczymy wiarą w Boga, wiarą w nadprzyrodzone moce i zjawiska, wiarą w dobre energie. To dowodzi tego, że trzeba się ich uczyć i poznawać. Warto.